Tytułem wstępu


Na początku jest najłatwiej
Gdy się w pełni sił i wiary
Byka chwyta się za rogi
Z życiem bierze się za bary

Potem jest niestety trudniej
Siły mniejsze, marna wiara
Już się nie gna tak do przodu
Wciąż się jednak człowiek stara

Jak to dalej będzie nie wiem?
Jestem gdzieś w połowie drogi
Jeszcze chce mi się wędrować
Lecz już trochę bolą nogi

Piotr Gutkowski


sobota, 7 lipca 2012

Wyjazd urodzinowy

kapliczka na wodzie
foto: własne
      Co roku  z okazji moich urodzin, organizuję niewielką imprezę wyjazdową. Pierwszy raz odbyła się ona w Beskidzie Małym u Staszka na Gibasach, a następne już zawsze na Jurze z noclegiem w Mirowie. W tym roku postanowiłem zmienić lokalizację, nie jakoś drastycznie, bo na Dolinki Podkrakowskie, ale jednak. Wyjazd rozpoczęliśmy od wspólnego posiłku w Olkuszu. Stamtąd 3 samochodami pojechaliśmy w stronę Pieskowej Skały. Przejazd Doliną Prądnika nawet z samochodu dostarcza niezłych wrażeń dla oka. Dlatego spokojnie podążaliśmy drogą w kierunku Ojcowa. Miejscowość ta o tej porze roku jest pełna turystów, ale trudno, jakoś trzeba to było przeboleć. Samochody zostawiliśmy w okolicach Kapliczki na Wodzie, dzięki temu zaoszczędziliśmy na parkingu, który tutaj zawsze w sezonie jest płatny. Poza tym kapliczka to atrakcja sama w sobie. Po obfotografowaniu jej, spacerkiem udaliśmy się w dół doliny. Mijając przepiękne ostańce wapienne dotarliśmy spacerkiem do Bramy Krakowskiej.  Po zaczerpnięciu ze Źródła Miłości, spokojnie pomaszerowaliśmy w górę, w stronę Jaskini Łokietka. Jest to grota turystyczna, jak pewnie wszyscy wiedzą, jednak przyznam, że ostatni raz byłem w niej w szkole podstawowej, gdy jeszcze mało rozumiałem zjawiska krasowe, więc i niewiele pamiętam z tamtego wypadu. Tym razem chciałem posłuchać przewodnika i z większą świadomością zobaczyć co i jak. Udało nam się trafić na bardzo miłego Pana, a poza tym nasza grupa nie była zbyt liczna. Spokojnym krokiem zwiedziliśmy cała jaskinię. Może nie jest ona jakoś szczególnie bogata w szatę naciekową, jednak polecam ją każdemu, kto rozpoczyna swoją wędrówkę po świecie podziemi.
foto: własne
      Po zwiedzeniu jaskini, jak i samej doliny, postanowiliśmy się posilić w Piwnicy pod Nietoperzem. Karczma ta zazwyczaj jest pełna, ale na Pstrąga a' la Nietoperz warto poczekać. Generalnie jedzenie jest tutaj bardzo dobre, ale akurat ta pozycja jest wg. mnie (i nie tylko), wyśmienita. Polecam każdemu. Po posiłku udaliśmy się w kierunku kolejnej turystycznej groty, a mianowicie Jaskini Nietoperzowej. Atrakcja ta leży w gminie Jerzmanowice-Przeginia, w górnej części Doliny Będkowskiej. Jest ona dobrze znana archeologom, gdyż to właśnie tutaj znaleziono ponad 4000 kłów niedźwiedzi, które zostały tam sprowadzone przez Homo Sapiens, który przed 38 000 lat polował na te drapieżniki. W trakcie wykopalisk natrafiono tam również na fragmenty glinianych naczyń , narzędzi kamiennych i krzemiennych oraz kości pozostawionych przez ludzi, którzy zamieszkiwali jaskinię w następnych epokach. Poza prehistoryczną przeszłością jaskini, ciekawa jest również jej historia najnowsza, gdyż to właśnie tutaj nakręcono sceny do filmu "Legenda o Świętym Mikołaju" w 1995 roku oraz do "Ogniem i Mieczem" w roku 1997.
foto: własne
      Z jaskini udaliśmy się prosto na miejsce biwakowe. Pole namiotowe obok schroniska Brandysówka, to bardzo popularne miejsce wśród wspinaczy i nie tylko ich. Okolica przepiękna, dojazd bezproblemowy, a przy tym cisza i względny spokój dodają temu miejscu sporo atrakcji. Dodatkowo skała Sokolica z najdłuższymi na Jurze drogami wspinaczkowymi oraz liczne jaskinie powodują, że nie sposób się tutaj nudzić.  Wieczorem pozostało już tylko ognisko i impreza przy nim, która była bardzo udana. Swojskie wyroby skusiły wielu, co niestety skutkowało nieraz problemami motorycznymi., aczkolwiek nikt nie narzekał. Tego dnia też nasza reprezentacja ostatecznie pożegnała się z Mistrzostwami Europy w Piłce Nożnej przegrywając z Czechami 1:0. Nazajutrz postanowiliśmy odwiedzić jaskinię Małotową. Jaskinia ta powiększyła się od naszej ostatniej wizyty tutaj. Głównie z powodu wykopania piasku, który w niektórych korytarzach zalega aż po strop. Zwiedzanie nie nastręcza trudności, aczkolwiek obowiązkowo należy zapatrzyć się w liny i sprzęt zjazdowy, gdyż do pokonania są dwie kilkumetrowe studzienki. Następnie udaliśmy się do źródła Będkówki, gdzie trochę się ochłodziliśmy. Odwiedziliśmy jeszcze skałę od dumnej nazwie Dupa Słonia, znajdującą się w bocznej odnodze doliny. W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o zalany kamieniołom w Trzebini, tzw. Balaton, gdzie zażyliśmy odświeżającej kąpieli, stamtąd rozjechaliśmy się do domów.
      Wyjazd jak co roku udany, pogoda dopisała, ekipa również, Jura jak zwykle pokazała nam sporo atrakcji. Dzięki wszystkim za przybycie i miłe towarzystwo, na przyszły rok szykuję coś specjalnego :)




   

wtorek, 3 lipca 2012

Długi weekend bożociałowy

 
foto: Adrian Stanik
      Jak pisałem dwa posty temu, w Polsce jest ok, przynajmniej jeśli chodzi o tak zwane długie weekendy. Nieodlegle od tego majowego leży kolejny, bożociałowy. Od paru już lat wykorzystuję go na wyjazdy rowerowe i przyznam, że zawsze do tej pory pogoda, jak i sama wycieczka, bardzo się udawały. Nie inaczej było w tym roku. Zazwyczaj na wyjazd w tym terminie wybieram Jurę Krakowsko-Wieluńską, wiecie już, jak bardzo lubię tę cześć kraju, a na rowerowe wycieczki pasuję ona również idealnie, no i leży na tyle blisko mojego miejsca zamieszkania, że do tej pory wyjazdy te rozpoczynałem wprost z domu, nie korzystając z żadnych środków lokomocji. W tym roku było jednak troszkę inaczej. Jako cel naszej wycieczki obraliśmy sobie Rowerowy Szlak Orlich Gniazd, czyli ten który zaczyna się w Krakowie, a kończy w Częstochowie. Od razu było pewne, że musimy skorzystać z pomocy PKP, ale to przecież nie problem. Wyjechaliśmy we czwórkę w czwartek wieczorem. Rowerami do Katowic, następnie pociągiem w kierunku Krakowa. Na stacji Kraków Mydlniki byliśmy ok 18:30. Tego dnia dojechaliśmy na przepiękny punkt widokowy pomiędzy Brzoskiwnią, a Kamykiem. Tam też rozbiliśmy swoje namioty. Początek był wprost wymarzony. Piękna, ale nie upalna pogoda, wspaniałe miejsce noclegowe, no i pozytywne nastawienie na dalszą część wycieczki. Noc spędzona przy ognisku oraz cytrynówce własnej roboty pozwoliła nam się zrelaksować, na szczęście pobudka drugiego dnia nie było zbyt mecząca. Pozbierać nasze graty udało nam się w ostatniej chwili przed wjazdem właściciela łąki na której się rozbiliśmy, a wjechał nie byle czym, bo traktorem z podpiętą kosiarką szerokości dwóch metrów. Dobrze, że nie pospaliśmy dłużej.
foto: własne
Dalej nasza trasa biegła w kierunku Zamku Tenczyn w Rudnie, niestety, z powodu remontu nie wpuszczono nas do środka. Podążyliśmy więc w kierunku Krzeszowic, tam odwiedziliśmy park i znajdujący się w nim Pałac Potockich, zwrócony rodzinie w 2008 roku. Szkoda jednak, że nadal niszczeje. Z Krzeszowic popędziliśmy w kierunku Olkusza, szlak prowadzi drogami przez Paczółtowice, Racławice i Zawadę. Przepiękne miejscowości. Droga wiją się krętymi dolinami, to znów wyprowadzają na szczyty okolicznych wzgórz, stąd też nie brakuje ostrych podjazdów, ale i stromych zjazdów. Następnie dojechaliśmy do Olkusza, w którym również warto się posilić. My wybraliśmy tym razem coś szybkiego i niezdrowego, czyli fastfood. Wcisnęliśmy w siebie parę bułek z mięsem, a do tego rozmiękczone w kubku lody i pognaliśmy dalej, w kierunku Rabsztyna. W zamku tym byliśmy już parę razy, dlatego też zrobiliśmy mu tylko zdjęcie z trasy i popędziliśmy w kierunku Kluczy. Tam zboczyliśmy trochę ze szlaku, który prowadzi polnymi piaszczystymi drogami i wybraliśmy równolegle biegnącą  asfaltową trasę przez Bogucin Duży. W mijanych po drodze wiejskich sklepach widać już było, że zbliża się mecz otwarcia ME2012. Lokalni kibice mają jednak swoje zawody:, kto więcej wypije i jeszcze będzie siedzieć. Patrząc na nich, zastanawiałem się, czy dotrwają do meczu Polska - Grecja. My na szczęście dotarliśmy na czas do Jaroszowca. Tam dołączyła do nas kolejna osoba, która została nami już do końca. Po szybkich zakupach w pobliskim sklepie, zaczepił nas lokalny kibic, któremu skończyły się środki uspokajające już w pierwszej połowie i właśnie wykorzystuje przerwę w meczu, aby uzupełnić zapasy. Miły Pan był już trochę zmęczony i miał problem z wejściem na rower, którym przyjechał, za to bardzo jasno wytłumaczył nam gdzie w okolicy najlepiej jest rozbić namiot. Tutaj należą mu się podziękowania, gdyż wskazał nam idealne miejsce. Biała Przemsza na tej wysokości swojego biegu jest bardzo czysta, więc kąpiel w niej nie grozi konsekwencjami zdrowotnymi, dlatego też polecam nocować gdzieś w jej pobliżu, bo po upalnym dniu, wejście do zimnej rzeki jest bardzo miłym doświadczeniem.
foto: własne
      Ranek trzeciego dnia był upalny, ale nasze moralne utrzymywało się na wysokim poziomie, wieczorna kąpiel dnia poprzedniego, bardzo w tym pomogła. W trakcie śniadania, dołączyła do nas jeszcze jedna osoba, więc byliśmy już w pełnym składzie i mogliśmy ruszyć dalej. Na pierwszy ogień padł Zamek w Bydlinie, ładnie zachowane ruiny, dodatkowo zabezpieczono zaprawą murarską, przed dalszym niszczeniem. W okolicy zamku zwiedziliśmy również cmentarz parafialny. Dalej podążyliśmy w kierunku Smolenia. Ta część szlaku biegnie przez las, dosyć mocno zarośniętymi ścieżkami, z tego też powodu nasze tempo dosyć spadło. Po ok. dwudziestu kilometrach dotarliśmy do skały Biśnik. Ciekawe to miejsce, szczególnie dla grotołazów, gdyż mieszczą się tutaj dwie fajne jaskinie, Psia - ciekawa ze względu na nacieki i kropielnice oraz Jaskinia na Biśniku, interesująca ze względu na znaleziska archeologiczne. Nam udaje się zwiedzić tę pierwszą. Następnie Doliną Wodącą udaliśmy się w kierunku zamku w Smoleniu. Część z nas zwiedza zamek, pozostali czekają na tamtych. Tego też dnia pierwszy podczas naszej wycieczki zaczął padać deszcz. Na szczęście udało nam się znaleźć miejsce w Stodole w Podzamczu. Tam też, czekając na obiad, wysuszyliśmy ubrania i rowery. Zamku w Podzamczu nie zwiedzaliśmy, każdy z nas był już tam kilka razy, a poza tym środek długiego weekendu obfitował w całe rzesze turystów.
     Tego dnia zmieniliśmy nieco plany i zamiast dalej jechać szlakiem, przez Okiennik, Morsko i Podlesice, postanowiliśmy dojechać nim jedynie do trasy 78, a dalej już asfaltem do Kroczyc, a stamtąd do Kostkowic. Zmiany te podyktowane były głównie chęcią odwiedzenia znajomego na działce. Poza tym trzeba było zrobić zapasy, a sklep w Kroczycach
foto: Adrian Stanik
wydawał nam się do tego najlepszy. Plan ten zrealizowaliśmy bardzo szybko i już przed 19 byliśmy na miejscu. Skoczyliśmy jeszcze na lekko nad zalew, aby ochłodzić się i zmyć z siebie warstwę potu i kurzu. Niewiele osób pływało tego dnia, ale nam to nie robiło żadnej różnicy. Orzeźwieni, ale jednak śmierdzący (zapach potu zamieniliśmy na zapach mułu), wróciliśmy na działkę, gdzie w towarzystwie paru zaproszonych gości urządziliśmy fajną imprezę przy ognisku z najprawdziwszą sauną (dzięki Saper!).
      Następnego dnia było już pewne, że raczej nie dojedziemy do samej Częstochowy, ale przyznać muszę, że nigdy na to nie liczyłem. Celem został więc Olsztyn. Wyruszyliśmy nieco późno, bo ok. 11. To był błąd, ale jakoś nie dało się wcześniej. Trasa przez Zdów, Bobolice i Mirów była ok. Sporo ludzi pod zamkami, ale tego się można było spodziewać. Najciekawsze jednak było dopiero przed nami. Po krótkiej przerwie w Mirowie, pojechaliśmy w kierunku Lutowca, szlak biegnie przez Niegową, ale nie widzieliśmy sensu aby tak krążyć, tym bardziej, że dalej zahacza o Moczydła i kieruje się w stronę Zawady. Do Moczydeł dojechaliśmy ubitą, szutrową drogą (nota bene też szlak rowerowy, ale bodajże niebieski).
foto: Adrian Stanik
Tutaj wjechaliśmy na nasz właściwy szlak koloru czerwonego i skierowaliśmy się na zachód. Był to najgorszy odcinek od początku wycieczki, po kilkuset metrach wjechaliśmy w łachy piachu, w sumie to nic dziwnego, nie raz takie spotykaliśmy na swojej drodze, różnica jednak była taka, że na tym odcinku piasek nigdy się nie kończył i był dosyć głęboki. W sumie przez całą drogę do Przewodziszowic prowadziliśmy rowery, przez co znacznie straciliśmy na czasie.  Nie wiem kto wytyczył tędy szlak rowerowy, ale szczerze odradzam nim jechać. Dzięki temu doświadczeniu postanawiamy, że skrócimy sobie drogę przez pola, aby czym prędzej wyjechać na drogę 793. To była dobra decyzja, bo dosyć szybko udało nam się dotrzeć do Ostrężnika, gdzie posilamy się pysznymi pstrągami. Niestety, w momencie gdy mamy się zbierać rozpoczyna się straszna ulewa. Przez nią tracimy kolejne dobre pół godziny. Gdy wyruszamy, wiemy już, że nie dojedziemy tego dnia do Olsztyna, bo wtedy w domu bylibyśmy bardzo późno, postanawiamy więc kierować się w stronę Poraja. Tutaj znowu wątpliwa atrakcja, zielony szlak rowerowy z Ostrężnika do Suliszowic również nie nadaje się zbytnio do jazdy, no może rowerem bez sakw, ale i wtedy jest to spora walka. Na szczęście do Poraja przybywamy na pół godziny przed odjazdem pociągu, więc spokojnie zdążamy kupić bilety i coś na drogę.
foto: Adrian Stanik
    Wyjazd można zaliczyć do udanych, co prawda nie zrealizowaliśmy całości planów, ale od samego początku było to wątpliwe, gdyż postawiliśmy głównie na dobrą zabawę, a nie wyczyn. Czerwony Rowerowy Szlak Orlich Gniazd to bardzo dobra propozycja dla wszystkich którzy Jury nie znają i chcą ją zwiedzić niemal kompleksowo, trzeba jedna dodać, że w wielu miejscach jego przebieg jest wprost idiotyczny, przez co znacznie spada morale i siły. Na szczęście zawsze można wskoczyć na asfalt i wybrać mniej wymagający wariant,  szczerze to polecam pojechać tym szlakiem, ale chyba tylko raz, później już stosować swoje warianty.


PS: Dziękuje wszystkim, którzy wybrali się ze mną na tę wycieczkę, szczególnie mojej Ukochanej Dorocie, za pomysł i pomoc w realizacji.
PPS: Więcej zdjęć znajdziecie w galerii Adriana Stanika.

wtorek, 12 czerwca 2012

Długi weekend majowy po raz drugi



foto: własne
      Uff. Pierwszą część weekendu majowego opisałem z poprzednim poście, było tego trochę, druga część była już mniej urozmaicona, ale wcale nie mniej ciekawa. Ale zacznijmy od początku. Kto zna Słowację, nawet tylko z perspektywy okien samochodu, ten wie, że kraj ten jest krajem górzystym. Może nie tak górzystym jak np. Austria, ale jednak gór im nie brakuje. To, że mają większą część Tatr, to raczej pamiętamy jeszcze z podstawówki, to że muszą mieć i sporo Beskidów, to też da się przypomnieć, chociażby dlatego, iż znaczna część naszej wspólnej granicy prowadzi właśnie grzbietem tego pasma, ale to, że poza tymi granicznymi pasmami jest tam jeszcze kilka dosyć rozległych i bardzo
foto: własne
urozmaiconych, to już mniej znana wiedza. Oczywiście nie mam zamiaru odkrywać tutaj powtórnie Ameryki, gdyż Polacy już dawno opanowali tereny gór słowackich, szczególnie wtedy gdy u nas są długie weekendy, a jedynie podzielić się moimi doświadczeniami z tamtych rejonów. W tym roku w drugiej części majowego długiego weekendu postanowiliśmy pojechać w Fatrę i to tę Wielką. Pasmo to jest chyba moim ulubionym, gdyż (stosunkowo), mało tam turystów, a i baza schroniskowa jest mizerna. Dla mnie to plus. Wielka Fatra co prawda jest parkiem narodowym, wiec celowo nie można się tam rozbijać, aczkolwiek nocować można tam w bezobsługowych bacówkach, które jednak trzeba umieć znaleźć, gdyż nie zawsze widać je ze szlaku. Namiot można rozbić jedynie w sytuacji awaryjnej i w dodatku należy go zwinąć skoro świt. Dodam tylko, że Wielka Fatra, a szczególnie jej część zwana Martińskimi Holami obfituje w niedźwiedzie, więc tym bardziej należy przestrzegać regulaminowego zakazu biwakowania w terenie. Góry te są bardzo urozmaicone, gdyż idąc, nawet w ciągu jednego dnia, spotykamy bujne lasy sosnowo-świerkowe, to znowu buczynowe, dalej przechodzimy wzdłuż wapiennych skał, nieraz stromo obrywających się spod nóg, to znowu maszerujemy rozległymi połoninami, bliźniaczo przypominającymi nasze Bieszczady, podejścia nieraz bardzo strome, wypłaszczają się nagle na grzbietach nieraz przypominając nasze Tatry Zachodnie. Należy pamiętać także, że góry te są w wielu miejscach bardzo lawiniaste, a zimą chodzi nimi niewielu turystów, co w połączeniu z ubogą infrastrukturą schroniskową może doprowadzić do tragedii. Śnieg spotyka się tam nawet do końca maja i mimo ciepłych dni, noce bywają zimne. To tyle w kwestii wprowadzenia, w końcu nie mam zamiaru robić za przewodnika.
foto: własne
   W tym roku, podobnie zresztą jak w zeszłym wybraliśmy ssza cel rejon pomiędzy takimi szczytami jak Krížna, Ploska, Borišov i Rakytov, obszar ten jest jednym z najczęściej odwiedzanych, głównie dzięki schronisku Chata pod Borišovom, aczkolwiek tam popularność to promil tego, co można zobaczyć w naszych górach, szczególnie podczas długich weekendów. My naszą wędrówką rozpoczęliśmy od miejscowości Wysna Revuca i również w niej skończyliśmy, jednak musieliśmy przejść asfaltem ze Strednej Revucy, gdyż tam bezpośrednio dochodził nasz szlak zejściowy. Pogoda początkowo iście letnia, słońce w zenicie, czyste niebo i zero wiatru. Zapowiadał się super dzień, jednak z powodu upału - dosyć ciężki. Pogoda jednak ma to do siebie, że lubi się zmieniać, a będąc w głębokiej dolinie, z powodu tego, iż widzimy niewielki skrawek nieba, zmienia się błyskawicznie, przynajmniej z naszej perspektywy. Tak też mieliśmy i tym razem.  Podchodząc szlakiem (zielonym) na Rybowske Siedlo gdzieś w 3/4 drogi usłyszeliśmy pierwsze grzmoty, a zaraz później zobaczyliśmy błyskawice, udało nam się schronić najpierw pod folią zerwaną przez wiatr z pobliskiej zagrody dla owiec, a następnie w samej zagrodzie, która mimo iż bez ścian, na szczęście posiadała dach i to dosyć szczelny. Burza była intensywna, ale jak to z nimi bywa, dosyć krótka. Przez moment byliśmy w jej centrum i dziękowaliśmy sobie nawzajem, że zdecydowaliśmy się przeczekać zamiast wchodzić na Križną, której nadajnik na szczycie robi za doskonały piorunochron. Po burzy udaliśmy się na szczyt, stamtąd widoki były już cudowne, widać było gdzie leje, gdzie jest burza, a gdzie słońce oświetla grzbiety gór. Horyzont po burzy ma to do siebie, że jest bardzo urozmaicony, co dodaje mu sporo uroku. Tak też było tym razem. Nie speszyliśmy się zbytnio, gdyż tego dnia mieliśmy w planach dojść tylko pod Suchy Wierch do znajdującego się tam szałasu, gdzie planowaliśmy przenocować. Szlak z Križnej przez Frčkov i Ostredok należy do bardzo widokowych odcinków, dlatego też nie ma sensu go przebiegać. Delektowaliśmy się więc widokami malowniczych krajobrazów i spacerkiem kierowaliśmy się w stronę noclegu. W szałasie jak to w szałasie, zrobiliśmy małą imprezę i ognisko, ale tylko w wyznaczonym do tego miejscu. W dodatku trochę posprzątaliśmy, jednak tam potrzeba by sporej ciężarówki, aby zwieść wszystko w dolinę, tyle tego nazbierało się przez lata. Gdyby tak każdy zabierał tylko swoje śmieci... Ach! Można tylko pomarzyć. Następnego dnia pogoda była średnia, co prawda nie lało, ale było chłodno i dosyć pochmurnie, tego dnia przez Polskę podobno przechodziły spore ulewy łącznie z gradobiciem, więc mimo wszystko nie było czego żałować. Na szczęście pogoda wytrzymała, udało nam się suchymi dojść do schroniska pod Borišovem, tam pozwoliliśmy sobie na dłuższy odpoczynek, piwo i lokalne potrawy dopełniły szczęścia, w dodatku pogoda się poprawiła, więc i moralne wzrosło. To dobrze, bo przez
chwilę zastanawialiśmy się, czy nie schodzić w dolinę i
foto: własne
wracać do domu. Na szczęście odsunęliśmy te wstrętne myśli i po ponad 2 godzinach odpoczynku ruszyliśmy w stronę Ploskiej. Ploska to wielki szczyt i (jak sama nazwa wskazuje), dosyć płaski,  ale za to niezwykle urokliwy. Stamtąd ruszyliśmy w kierunku Čiernego Kamenia, niestety szczyt ten jest ścisłym rezerwatem i szlak prowadzi jedynie jego północno-zachodnim trawersem. Dochodząc na przełęcz mijamy po drodze niewielki potok, idealne miejsce na uzupełnienie wody, co szczerze polecam każdemu, szczególnie jeżeli planuje iść dalej w stronę Rakytova. My z racji tego iż siodło to jest dosyć połogie, a i wieczór już się zbliżał, postanowiliśmy w tym miejscu zabiwakować. Przypomnę tylko, że jest to dozwolone tylko w szczególnych przypadkach i nie namawiam do łamania regulaminów parku. Z naszej strony zrobiliśmy wszystko, aby po naszym biwaku nie było śladu i mam nadzieję, że nam się to udało. Nazajutrz postanowiliśmy jeszcze na lekko wejść na Rakytov, zostawiliśmy depozyt w lesie i w przepięknej pogodzie pognaliśmy na szczyt, mijając po drodze Minčoł. Szczyt Rakytova jest jednym z tych szczególnie godnych polecenia, widoki przepiękne no i udało nam się być tam samym, gdyż tego dnia nikogo nie spotkaliśmy na szlaku. Wracając na przełęcz było co podziwiać, głębokie doliny Wielkiej Fatry mienią się tysiącami odcieni zieleni, a niezbyt odległe szczyty kolejnych pasm górskich, umacniają nas w przekonaniu, że znajdujemy się w jakiś odludnym górskim rejonie, a to przecież tak bliska nam Słowacja.

PS: Poniżej przedstawiam altigram naszej trasy, oraz link do mapy i śladu po jakim się poruszaliśmy.


PPS: A więcej zdjęć znajdziecie tutaj.

piątek, 18 maja 2012

Długi weekend majowy po raz pierwszy!

foto: własne
      W Polsce jest fajnie. Co prawda nie pod każdym względem i nie dla każdego, ale dla osób które lubią podróżować, wyjeżdżać poza miasto lub po prostu pobyczyć się na ogródku - jest fajnie. Przynajmniej ja tak uważam. Powodów jest sporo, nie będę ich tu wszystkich wymieniał, podam tylko jeden - długie weekendy. Mamy ich w roku kilka, co daje całkiem sporo możliwości na realizację swoich pasji, nie uszczuplając za bardzo ilości płatnych dni urlopu. No bo  "Długi Weekend Trzech Króli", "Długi Weekend Majowy", "Długi Weekend Bożociałowy", a nawet "Długi Weekend na Wszystkich Świętych", to dla wielu doskonała okazja aby uciec jak najdalej od miejsca stałego pobytu.
foto: własne
      W tym roku jest wyjątkowo dobrze, o ile "Długi Weekend Bożociałowy" zawsze trwa 4 dni, tak ten w maju, akurat teraz ma dni wolnych aż 9. Co prawda nie do końca, bo przecież trzeba wziąć 3 dni urlopu no i nie każdy może sobie na to pozwolić. Ale ja akurat mogę. I to chyba ostatni raz, więc tym bardziej postanowiłem z tej możliwości skorzystać. Z racji tego iż 9 dni to za dużo, aby "przesiedzieć" w jednym rejonie, postanowiłem podzielić tak długi czas wolny na dwa etapy. Na miejsce pierwszego wybrałem Jurę Krakowsko-Wieluńską. To fajne miejsce, w sumie to chyba moje ulubione i mimo iż bywam tam bardzo często nadal mi się nie nudzi, poza tym jest sporo okolic gdzie mnie jeszcze nie było, więc jest co robić na wiele lat. Lubię tam wracać, nawet w miejsca dobrze znane. W każdym przypadku Jura jest ok. W tym roku postanowiłem zaliczyć kilka jurajskich imprez i jeszcze zrobić coś nowego. I muszę przyznać, że się udało. Ale po kolei.
       Ostrężnik to niewielka osada, administracyjnie jest przysiółkiem Trzebniowa, ale z racji tego, iż do tego ostatniego samochodem trzeba jechać na około, bardziej kojarzony jest ze Złotym Potokiem. Nie wiem czy to dobrze, czy nie, w każdym razie ten rejon jest jednym z moich ulubionych w tej części Jury. Teren pomiędzy Złotym Potokiem, a Żarkami obfituje w sporo atrakcji turystycznych, na szczęście niedzielni turyści znają tylko te najbardziej rozreklamowane, jak Rezerwat Parkowe, czy Źródła Zygmunta i Elżbiety. Ja za to lubuję się w innych, ulubionym miejscem jest wzgórze o niewiele mówiącej nazwie Jelnica. Jeśli dodam, że to na nim znajduje się jaskinia Wiercica, a zaraz obok Wierna, to już niektórym nieco rozjaśni się w głowie. W każdym razie to w tym miejscu, co roku odbywa się kilka imprez speleologicznych, podczas których obie wymienione wcześniej jaskinie są udostępnianie wszystkim śmiałkom, którzy nie boją się schodzić pod ziemię. Tak się akurat złożyło, że Biwak Pod Wiercicą, bo tak się nazywa jedna z imprez,
foto: własne
w tym roku odbył się w dniach 28-29 kwietnia, co można było śmiało podciągnąć pod długi weekend. Była wiec to obowiązkowa impreza do zaliczenia, z czym też nie było żadnych problemów. Na miejsce przybyłem wraz z ekipą w sobotę popołudniu, dzień wcześniej spędzając na otwarciu majówki KKSu w Piasecznie, gdzie planowaliśmy jeszcze wrócić. Sobotni wieczór spędziłem na odwiedzeniu wraz z kursantami jaskini Wiercicy, w planach była jeszcze Wierna, ale z powodu zatoru na wejściu, byliśmy zmuszeni z niej zrezygnować, przynajmniej tego dnia. Osobiście zbytnio nie żałowałem, tym bardziej, że chciałem się już rozgościć przy ognisku, ale kursantów to mi trochę szkoda, w końcu to kawał świetnej jaskini, w dodatku na co dzień zamkniętej, ale my tam jeszcze wrócimy! Wieczorne ognisko i impreza integracyjna były świetne. Jak zwykle ekipa dopisała, SpeleoMyszków stanął na wysokości zadania tak, że nawet pogodę mieli załatwioną. Po prostu bomba. Nazajutrz udałem się jeszcze do Wiernej, ale tym razem w niewielkiej, 6-osobowej grupie (część to kursanci z TKTJ). W jaskini było niemal pusto, ekipa sprawna, wiec postanowiłem zrealizować kolejny z planów - odwiedzić te partie jaskini, w których jeszcze nie byłem. Przyznam, że zabawa była świetna i warto było się w nią pchać. Niestety musieliśmy wyjść na powierzchnię do 13, dlatego jest jeszcze kilka miejsc, których nie zobaczyliśmy, ale to dobrze, będzie po co wracać. Po tak udanym zwiedzaniu na cel wzięliśmy sobie nową jaskinie. Nową dla nas, gdyż ogólnie znana jest od kilkudziesięciu lat, a chodzi o Trzebniowską. Jaskinia mimo, iż ma gigantyczny otwór (jak na jaskinie jurajską), to jej odnalezienie graniczy z cudem. Mimo namiarów GPS i wsparcia w postaci lokalsów, udało nam się zlokalizować otwór dopiero po prawie 2 godzinach szukania i to w momencie, w którym nasze wsparcie poszło po wsparcie kolejne, gdyż sami nie mogli wiele zdziałać. Jaskinia jest ładna, a dzięki temu, że mało kto się tam zapuszcza, jest jeszcze co oglądać. Fajnie. Po tym sukcesie pozostało nam już tylko wrócić na majówkę do Piaseczna i zrelaksować się przy zimnym piwku, co też niezwłocznie uczyniliśmy. Tutaj przyda się mała dygresja, mianowicie majówka organizowana przez nasz klub w Piasecznie na jednej
foto: własne
z leśnych polan ma już chyba z kilkadziesiąt lat tradycji. Ja nigdy wcześniej w niej nie uczestniczyłem, gdyż szkoda mi było majowego weekendu, aby pojechać w miejsce, w które mam godzinę drogi i gdzie mogę pojechać w każdy inny weekend. Zazwyczaj wybierałem więc wyjazdy w odleglejsze i bardziej górski rejony. Ale tym razem, ze względu na ilość wolnego czasu, udało się pogodzić obie atrakcje.
      Tak więc KKSowa impreza majówkowa została przez mnie zaliczona i przyznam, iż nie żałuję ani jednej chwili tam spędzonej, w dodatku w tym samym czasie i miejscu swoją bazę mieli nasi kursanci, więc mogłem też co nieco pomóc w obsłudze kursu, a i sam też sporo sobie poprzypominać, jak też nauczyć kilku nowych rzeczy. Więc był i Okiennik Wielki, była jaskinia Wielkanocna, było autoratownictwo w Morsku (w tym akurat nie wziąłem czynnego udziału ze względu na lenistwo), jak też sporo atrakcji ogniskowo-imprezowych. Ludzie dopisali, imprezy się udały, pogoda dała radę, więc integracja zakończyła się wielkim sukcesem. Oby za rok też było mi dane bawić się w tak doborowym towarzystwie. Pierwsza część Długiego Weekendu Majowego udana i zakończona mega pozytywnie.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Góry Kaczawskie


foto: własne

            Góry Kaczawskie. Czy ktoś w ogóle wie, gdzie one się znajdują? Ja na szczęście już tak, ale muszę przyznać, że dopiero od niedawna. Ale zacznijmy od początku. Jakiś czas temu, na jednym z for o tematyce górskiej, powstał plan wyjazdu w te oto góry, a że organizacją tych zlotów często zajmuję się ja, nie pozostało mi nic innego, jak tylko dowiedzieć się o nich co nieco i postarać się znaleźć ciekawe miejsce na bazę wyjazdu. Na początku muszę poinformować, iż nie było to łatwe. Górki jak się okazało są niewysokie. Najwyższy szczyt (Skopiec), ma 724 m n.p.m. co powoduje, iż na samym grzbiecie brak jakichkolwiek schronisk. Trzeba więc szukać po okolicznych miejscowościach. A to wbrew pozorom nie takie proste. Trudno znaleźć coś, co spełni nasze oczekiwania, bo grupa ok. 20 osób, imprezująca przez 3 dni, w dodatku głośno śpiewając do jednak znaczna uciążliwość dla otoczenia. Poza tym większość gospodarstw agroturystycznych nawet nie posiada tylu miejsc noclegowych, a poza tym warunki jak dla nas, zbyt sterylne. Na szczęście udało mi się odnaleźć coś, co nazywa się Dziuśkową Chatą i jest bazą badawczo-rozwojową Speleoklubu Bobry z Żagania. Miejsce fajne, spełniające wszystkie nasze wymagania, w dodatku w samym sercu Gór Kaczawskich.
foto: własne
      Przeglądając stronę Dziuśkowej Chaty przy okazji dowiedziałem się, że w Wojcieszowie, w którym owa chata się znajduje, a także w okolicy, jest sporo jaskiń. I to jaskiń nie byle jakich. Jaskiń, które z wielu względów są unikatowe w skali kraju, a nawet kontynentu. Kiedyś co prawda słyszałem co nieco o Jaskinie Imieninowej, ale na tym moje wiedza się kończyła. Przyznam, że dla mnie ten wyjazd nabrał nowego wymiaru. Oczywiście większość osób, które miały na niego jechać, interesowało się głównie górami i to dla nich trzeba było przygotować przynajmniej zarys planu wycieczki, który obejmowałby wyjścia na okoliczne wzniesienia. Po zaproponowaniu jednej z tras, zająłem się odszukaniem i usystematyzowaniem informacji o podziemnych atrakcjach okolicy. Przyznam, iż nie do końca było to łatwe, poza nazwami i lakonicznymi opisami wielu jaskiń, znaczna część informacji jest albo ukryta, ale rzeczywiście nieznana. Korzystając jednak ze swoich znajomości i wrodzonych zdolności (żart), udało się dowiedzieć nieco więcej. Jednak i tak było to nie do końca to, czego bym oczekiwał. W związku z tym wiedziałem, iż nie będzie łatwo, ale w końcu co łatwo przychodzi, tego zazwyczaj nie doceniamy.
foto: Anna Atraszkiewicz
      Do Wojcieszowa docieramy w środku nocy, po awarii środka lokomocji i kilku godzinach postoju, udaje się. Już wiemy, że następny dzień będzie krótki i raczej nie uda się wygospodarować planowanego wcześniej czasu na odszukanie jaskiń, jednak nie poddajemy się. Coś tam kombinujemy i udaje nam się rozejrzeć po okolicy, na początek Rezerwat Góry Miłek, to akurat bardziej ubogie w nory miejsce, jednak zacząć należy na spokojnie. Odnajdujemy najciekawszy obiekt jaki tam się znajduje, mianowicie - Aven w Miłku. Zjeżdżamy na jego dno, tam odnajdujemy rozkładającą się padlinę. W bok odchodzi ciasny korytarz, jednak panujące tam warunki nie nastrajają do jego zwiedzania. Może kiedyś ktoś oczyści dno studni wlotowej, jednak patrząc na jej nieosłonięty niczym otwór, sytuacja pewnie będzie często się powtarzać. W tym dniu kręcimy jeszcze trochę po okolicy, jednak do żadnej nory już nie wchodzimy. Jakoś brakuje sprężu oraz sił po nieprzespanej nocy. A szkoda, bo był to najlepszy - jak się później okazało -dzień na jaskinie. Nazajutrz wycieczka wybiera się w góry, ktoś tam pojechał w Karkonosze, aby zaliczyć Śnieżkę, ja jednak z większością ekipy wybieramy się w Góry Kaczawskie. No niech będzie - górki. Obchodzimy górę Połom by wdrapać się na Skopiec, oczywiście nie bezpośrednio na szczyt, bo idziemy szlakiem, a on przez niego nie prowadzi. Następnie kierujemy się w stronę Przełęczy Widok skąd udajemy się do miejscowości Podgórki, gdzie zwiedzamy ruiny kościoła i wieżę widokową. Tego dnia wracamy samochodami do Wojcieszowa, gdzie w przemiłej knajpce Picz Pit jemy przepyszny obiad oraz gramy w bilarda. Miejsce to poznaliśmy już dzień prędzej, jednak to historia na całkiem inną opowieść. Tego dnia nie odwiedzamy jaskiń, jednak planujemy definitywnie wziąć się za to dnia trzeciego.
foto: własne
     Poranek następnego dnia zapowiada się obiecująco, poznana ekipa ze Speleoklubu Bobry, wybiera się do Jaskini Imieninowej, gdzie mają nas zaprowadzić, ponieważ podobno trafić do niej jest niezwykle ciężko. Niestety, nie udaje mi się zwlec z łóżka o umówionej godzinie i wyjazd z nimi przechodzi mi koło nosa. Na szczęście Marcin, który miał nieco więcej sprężu, jedzie solo i dowiaduje się gdzie jest otwór. A to już sporo. Po powrocie na śniadanie - po którym nieco leniwie, ale jednak - zbieramy się i jedziemy na eksplorację (dla nas to właśnie tym było). Plan jaskini który posiadaliśmy oraz opis nie za wiele mówił o trudnościach jakie mogą nas w środku spotkać, jedynie używając słowa "pionowa", informował nas o konieczności posiadania lin i kompletu sprzętu. Na nasze nieszczęście, gdzieś w rozmowie dnia poprzedniego padła informacja, że lina 10m wystarczy w zupełności. Jak się okazało nie do końca tak było. W jaskini jest kilka pionowych studni, dosyć ładnie obitych, gdzie wg. mnie trzeba wieszać liny, aby w pełni bezpiecznie i sprawnie ją zwiedzić. Niestety, my zabraliśmy tylko 15 metrowy kawałek sznura. Dzięki niemu udało nam się bezpiecznie zjechać pierwszą studnię. Pozostałe pokonywaliśmy z duszą na ramieniu i nie wszystkim udało się zejść do samego dna, gdyż zapieraczka w wielu miejscach była na prawdę ryzykowna. Na szczęście wszyscy cali i zdrowi wydostaliśmy się na zewnątrz. Tego dnia trzeba było się pakować i sprzątać chatę, wiec znowu okazało się, że to jedyny obiekt jaki uda nam się zwiedzić.W dodatku cały czas lało, więc łażenie po lesie i szukanie otworów jaskiń było mało przyjemnym zajęciem. Znaczna część ekipy opuściła Wojcieszów tego dnia, jedynie ja z dwójką znajomych zostaliśmy do poniedziałku. Planowaliśmy wyjechać wieczorem, więc był jeszcze czas, aby zajrzeć do kamieniołomu w Połomie. Niestety, od samego rana lało i to nie był ciepły, wiosenny deszcz. Czekaliśmy na jakieś rozpogodzenie do południa, niestety nic nie zapowiadało poprawy pogody, w związku z tym postanowiliśmy udać się w drogę powrotną.
foto: własne
      Wyjazd do Wojcieszowa można uznać za udany, mimo iż nie udało nam się zwiedzić wszystkiego co było w planach. Poznaliśmy okolicę, co dało nam jako taki pogląd na przyszłe zwiedzanie tego ciekawego miejsca. Zjazd do Jaskini Imieninowej oraz informacje jakie udało nam się zebrać na temat pozostałych podziemnych atrakcji spowodowały, że postanowiliśmy już niebawem do Wojcieszowa wrócić. Z większą wiedzą oraz w mniejszym gronie, przy odrobinie szczęścia do lepszej pogody z pewnością uda nam się odwiedzić więcej jaskiń, czego sobie serdecznie życzymy.

foto: własne     

sobota, 7 kwietnia 2012

Bieganie czas zacząć!



foto: własne
foto: własne

      Nigdy nie lubiłem biegać. Wydawało mi się to nudne. Co prawda w szkole podstawowej brałem parę razy udział w jakichś zawodach i nawet jakoś nie najgorzej mi szło, ale jednak nigdy nie darzyłem tej aktywności wielką miłością. Później o bieganiu zapomniałem całkowicie, przypomniałem sobie o nim dopiero gdy rozpocząłem moją przygodę z górami. Z zazdrością patrzyłem na tych silniejszych ode mnie, którzy z wielką łatwością mijali mnie na szlaku i myślałem sobie wtedy, że jedynym sposobem aby ich dogonić jest codziennie bieganie. I to jakichś gigantycznych dystansów. Mimo to, nie zmusiłem się wtedy do biegania. Okazało się, że systematyczne wyjazdy w góry i maszerowanie z ciężkim plecakiem przez kilkanaście kilometrów, wystarcza aby podnieść wytrzymałość i znacznie zwiększyć kondycję. Było dobrze, nawet bardzo. Odrzuciłem pomysł z bieganiem dużo szybciej, niż na niego wpadłem i byłem z siebie dumny. No nie z wszystkiego, ale przynajmniej z kondycji.
      Tak się jednak zdarza, że czas leci, a razem z nim zmienia się nasze życie: obowiązki, możliwości, ilość wolnego czasu, przemiana materii i takie tam. I mimo najszczerszych chęci nie da się nad tym wszystkim panować i utrzymać tego na jednym i tym samym poziomie. Przemiana materii zazwyczaj spada z wiekiem, czasu na przyjemności (czyt. góry), coraz mniej, wyjazdy trochę bardziej nastawione na wygodę, pociąg i rower - coraz częściej zamieniany na samochód, itp. itd. To wszystko razem sprawiło, że moja kondycja spadła, a ten plecak z przodu, którego za nic nie mogę zdjąć, powiększał się z miesiąca na miesiąc. Oczywiście tragedii nie było i nie ma, ale staczać się powoli zacząłem - przynajmniej jeśli chodzi i kondycję i wagę - w tym złym kierunku.
foto: własne
      Już zeszłej zimy, gdy mrozy całkowicie uniemożliwiły mi treningi rowerowe (odmrożonymi stopami ciężko się pedałuje - sprawdziłem!), postanowiłem w zamian pobiegać po WPKiW. Miejsce, które latem odstrasza wielką ilością ludzi, zimą zazwyczaj jest puste, a białe drogi, mimo wczesnego zmroku, pozwalają na przyjemne i wcale nie niebezpieczne treningi. Wtedy to mi się podobało, pusty park, tylko ja ze znajomym. Wszystko pokryte białym puchem, przyjemnie i dla duszy i dla ciała. Biegałem w miarę systematycznie, po ok. 6 km., dołączając do tego różne ćwiczenia. Było fajnie. Jednak wiosna przyszła niespodziewanie, a wraz z nią możliwość przyjemniejszej jazdy na rowerze. Znowu o bieganiu zapomniałem na długie miesiące. Ale zima powróciła. Śniegu napadało sporo, mrozy chwyciły solidne. Rower poszedł w odstawkę. W górach warunki ciężkie i choć kilka porządnych wyjazdów doszło do skutku, to plecak nadal rósł. Kondycja też jakby spadła. Nadszedł czas na męską decyzję - bieganie czas rozpocząć! Muszę przyznać, że to nie do końca  męska decyzja, gdyż moja druga połówka nieco pomogła mi ją podjąć, ale w końcu się udało. "Najpierw powoli, jak żółw - ociężale...", ruszyliśmy do parku, trochę ospale. Jednak z dnia na dzień lepiej już było i w końcu  kilka kilometrów dystansu się zrobiło... Teraz staramy się biegać systematycznie, o ile oczywiście obowiązki pozwalają. Nasza trasa liczy na ten czas 3,6 km. Wystarczająco dla początkującego. A efekty? My je widzimy i odczuwamy, a to chyba najważniejsze. No i nadal nam się chce.
      Podsumowując: bieganie nie stało się moim ulubionym sportem, jest kilka przed nim, jednak uważam, że to doskonałe uzupełnienie innych aktywności. Na plus na pewno przemawia fakt, iż do biegania nie potrzeba ani drogiego sprzętu, ani specjalnego miejsca, ani dużo wolnego czasu. 20-30 minut co drugi dzień w tygodniu, już daje sporo frajdy i efektów, co w przypadku zwykle napiętego harmonogramu tygodnia jest niezwykle atrakcyjne. Szczerze polecam każdemu!


piątek, 6 kwietnia 2012

Wielki Piątek

Nie zdejmę Krzyża z mojej ściany, 
 Za żadne skarby świata, 
 Bo na nim Jezus ukochany
 Grzeszników z niebem bratał. 

 Nie zdejmę Krzyża z mego serca, 
 Choćby mi umrzeć trzeba,
 Choćby mi groził kat morderca,
 Bo Krzyż to klucz do nieba. 

 Nie zdejmę Krzyża z mojej duszy,
 Nie wyrwę Go z sumienia, 
 Bo Krzyż szatana w niwecz kruszy, 
 Bo Krzyż to znak zbawienia.

A gdy zobaczę w poniewierce 
Jezusa Krzyż i ranę, 
Która otwiera Jego serce - 
W obronie Krzyża stanę.
                                              
                                            Maria Konopnicka



czwartek, 29 marca 2012

Kras na Śląsku

foto: własne
      Od dłuższego już czasu zastanawia mnie fakt występowania zjawisk krasowych w miejscach ogólnie mówiąc nie krasowych. Tzn. takich, w których dla zwykłego amatora nie ma gołym okiem dostępnych wapieni czy gipsów. Takie miejsca w Polsce, jak Jura, Tatry Zachodnie (nie całe), Dolina Nidy, czy Rejon Świetokrzyski to "oczywista oczywistość" i skały krasowiejące widać tam gołym okiem, ale są i inne, gdzie trzeba się już bardziej postarać. Jednym z takich miejsc jest rejon Rogoźnika, miejscowości leżącej w Zagłębiu Dąbrowskim, a okolicznym mieszkańcom znany głównie z dwóch zbiorników, nad którymi w letnie miesiące urządzają sobie od lat piwno-grilowe imprezy. Przyznam, że i ja znałem
foto: własne
to miejsce głównie z faktu grilowania i byczenia się nad wodą w latach młodzieńczych. Jednak to się zmieniło, odkąd zacząłem bardziej intensywnie jeździć na rowerze, szukałem coraz to nowych terenów na wyjazdy, WPKiW był już dla mnie za mały i za ciasny. Padło więc na Wojkowice, następnie Rogoźnik, Pyrzowice i wszelkie okoliczne miasta i wsie. Teren ciekawy, urozmaicony, z gęstą siecią dróg o niewielkim nasileniu ruchu. Po prostu idealny na rowerowe wycieczki, nawet po pracy. Jest na tyle blisko, że wyjeżdżając ok. 16 można jeszcze do zmroku zaliczyć na prawdę ciekawy wyjazd. Szwendam się po okolicy już ładnych parę lat i zaglądam w coraz to bardziej niedostępne rejony, niedostępne przynajmniej w teorii, gdyż nie widać ich bezpośrednio z drogi, a nieraz trzeba trochę głębiej w chaszcze zajrzeć, żeby do nich dotrzeć.
      W ostatnim wpisie wspomniałem o Kamieniołomie Rogoźnickim i Jaskini Żydowskiej. Oba te "twory", są ścisłym dowodem na występowania w okolicy sporej ilości wapienia. Głównie występują on tutaj we wzniesieniach Buczyna i Dębowa, w której owe atrakcje się znajdują. Wapień tutaj występujący to wapień triasu środkowego - tzw. muszlowy, a więc starszy od tego obecnego na Jurze. Liczne leje krasowe i kilka niewielkich jaskiń czy próżni świadczą o tym, że góry te wewnątrz są w wielu miejscach puste i przy odpowiednich chęciach i możliwościach technicznych na pewno sporo jaskiń jest tutaj jeszcze do odkrycia. Ja jednak póki co, staram się dowiedzieć jak najwięcej o obiektach już odnalezionych, w związku z tym czekam mnie jeszcze sporo wycieczek w tamte okolice.
foto: własne
     Ostatnia z nich miała przybliżyć mi dolny łom rogoźnickiego kamieniołomu i uaktualnić informacje na temat zasypanej jaskini Pod Wiszarem. Wybrałem się więc w towarzystwie Doroty i Adriana na rekonesans. Dzięki namiarom GPS (o ile są prawidłowe), udało nam się dotrzeć bezpośrednio w okolice występowania otworu jaskini. Niestety, mimo przeszukania terenu nie znaleźliśmy go, ściany kamieniołomu w tym miejscu są dosyć połogie, ok. 35-40 stopni i składają się głównie z sypkiego gruzu wapiennego. W związku z tym, jeżeli nawet otwór był tam gdzieś w ścianie, to z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, iż jest on przysypany. Mimo wszystko nie rozwiązuje to wszystkich wątpliwości, a ciekawych miejsc do sprawdzenia, jest jeszcze sporo i na pewno tam wrócimy. W końcu, co innego mamy do roboty...

poniedziałek, 19 marca 2012

Czas na wiosne!

foto: Adrian Stanik
foto: Adrian Stanik 
     Jak to pisałem jakiś czas temu, zima w górach jeszcze szaleje, co miałem okazje sprawdzić tydzień temu na Grzesiu w Tatrach Zachodnich, jednak w mieście zadomawia się już wiosna. Wiem, że nie taka, jaką lubimy najbardziej, czyli z zapachem kwiatów, zielenią trawy i śpiewem ptaków, ale jednak. Prawdą jest, że zamiast kwiatów mamy psie odchody na trawnikach, zamiast zielonej trawy - błoto. Jednak ulice są już suche. W większości suche. Co to oznacza dla mnie? Możliwość w miarę bezpiecznej i przyjemnej jazdy rowerem. Oczywiście znam takich rowerzystów dla który sezon trwa cały rok (sam jeszcze niedawno do nich należałem),  ja jednak tę zimę sobie odpuściłem, ba - nawet jesień! Głównie z powodu awarii napędu w zeszłe wakacje i niechęci wydawania kasy, gdy inne wydatki były pilniejsze. Jednak przyszedł czas i na to. Póki co, wymieniłem kasetę, łańcuch oraz linki z pancerzami od przerzutek. To już coś. Będzie jeszcze wymiana blatów lub całej korby, ale to musi chwilę poczekać. Póki co, można jeździć. Na początku nieśmiale, bo jednak mięśnie tyłka spłaszczone od prawie półrocznego siedzenia na krześle, mało wydają się być chętne do współpracy z siodełkiem i manifestują swoją niechęć sporym bólem. Trzeba je jednak przyzwyczaić do nowej-starej roli. A to musi odbywać się systematycznie.
foto: własne
     Rozpoczęło się w czwartek, od rowerowej wizyty w KKS'ie. Spotkania rozpoczynamy tam ok. 19, temperatura o tej godzinie nie jest już taka jak w południe. Pocieszałem się jednak tym, iż w drodze powrotnej jest pod górkę, a jak wiadomo człowiek jadący pod górkę bardziej się męczy, a jak się męczy to się grzeje. Niby prawda, ale w tym wypadku wracałem ok. 20:30, więc spadek temperatury był znaczny, co spowodowało deficyt ciepła i moja teoria się nie sprawdziła. Zmarzłem jak cholera (mimo iż lubię mróz), ale warto było. Mięśnie rozruszane, sprzęt przetestowany i jak to mówią miłośnicy kocich zawodów w sprincie przez płotki - pierwsze koty za płoty. Później przyszedł weekend. Akurat teraz nie było planów górskich, więc sobota została zarezerwowana na rower. A cel był prosty: zwiedzić Rogoźnik i odnaleźć kilka ciekawych miejsc, na które do tej pory jakoś nigdy nie było czasu, czyli Rogoźnicki Kamieniołom oraz Jaskinię Żydowską. No i jeszcze zawitać nad trzecie jeziorko, to najmniejsze. Ekipa zebrała się nawet spora, bo aż 5 osób. Wyruszyliśmy punktualnie ok. 14:30 z parkingu w Michałkowicach, by już po parunastu minutach wydostać się z miejskiego zgiełku. Od Dąbrówki Wielkiej, przez Wojkowice, aż do Rogoźnika droga jest bardzo przyjemna. Ruch samochodów niewielki, zabudowań mało, wokół tylko pola i Brynica. Fajnie jest znowu móc pojechać swoimi ulubionymi trasami. Na niebie zero chmur, temperatura 20°C i ciepły, przedwiosenny, delikatny powiew wiatru. Pogoda wręcz wymarzona na rower.
foto: Adrian Stanik 
      Pierwszy punkt naszej wycieczki osiągnęliśmy bez większego problemu. Ok. 15:30 byliśmy nad kamieniołomem, trafić nie było trudno (tylko jeden skręt w złą uliczkę, zresztą szybko skorygowany). Sam kamieniołom jest dosyć duży, zajmuje kilka hektarów i na całkowite jego obejrzenie trzeba zarezerwować praktycznie cały dzień. My postanowiliśmy tylko go odnaleźć, a na konkretne zwiedzanie przyjdzie jeszcze czas. Kilka fotek i decyzja o przejażdżce w poprzek kamieniołomu i przez pola, w kierunku Jaskini Żydowskiej. Wybór nie był zły, droga jest przejezdna nawet dla rowerów szosowych (i osób, które się nie boją nieutwardzonych, polnych dróg), jednak akurat ta pora roku nie jest idealna, gdyż w początkowej fazie  glina z kamieniołomu jest słabo ubita i w związku z dużą ilością wody jaka została po zimie, trasa jest dosyć błotnista. Dalej jest już lepiej, pola wbrew pozorom da się przejechać bez problemów, ewidentnymi drogami gospodarczymi, aż do szosy o numerze 913. Mimo, iż wyjazd jest praktycznie na wysokości samej jaskini, to jednak aby w miarę wygodnie do niej dojechać trzeba zrobić niewielkie kółko, przez początkowe zabudowania Góry Siewierskiej. Jadąc od strony Strzyżowic, mijamy stadion piłkarski i za nim skręcamy w lewo, by po pokręceniu się po okolicy dotrzeć pod otwór jaskini. Sama nora nie jest jakaś szczególnie wielka (ok 13m.), jednak wg. opisu osób, które były tam parę lat temu można było znaleźć w niej nacieki oraz kilka nietoperzy. Nam niestety nie udało się wejść do środka, oba otwory (a w zasadzie wszystkie 3), zostały przysypane obrywającym się ze sklepienia materiałem skalnym. Jakiekolwiek próby wejścia człowieka do środka, powinny być poprzedzone wybraniem luźnego materiału skalnego zalegającego tuż za otworami. Sama okolica jaskini ciekawa, niedaleko od niej można jeszcze spotkać dawne wyrobiska wapienne oraz polany muraw kserotermicznych, podobno niezwykle cennych, jak na tę okolicę.
foto: własne 
      Z jaskini podążyliśmy już przez las w kierunku źródła artezyjskiego oraz pierwszego na jego drodze (a trzeciego z nazwy), jeziorka. Do samego źródła nie dotarliśmy, z powodu drzew i gałęzi zalegających po wycince i pielęgnacji okolicznego drzewostanu, tereny wokół niego; jednak do potoku i samego jeziorka już tak. Obie te atrakcje prezentują się wyjątkowo uroczo, woda w potoku krystalicznie czysta, zasila rogoźnickie jeziora znacznym strumieniem. Jeziorko mimo, iż w znacznego mierze skute jeszcze lodem, równie wygląda atrakcyjnie, aż nie mogę się doczekać pełni wiosny, gdy wokół zakwitną kwiaty, a drzewa się zazielenią. Następnie udaliśmy się wzdłuż potoku Jaworznik w kierunku drugiego orograficznie jeziora. Woda z potoku wyrzeźbiła tutaj dosyć głęboki jar zwany Lisim Wąwozem. Jak na tak niewielki strumień i mały spad, wąwóz ten wydaje się nad wyraz okazały. W miejscu gdzie potok wpływa do jeziora, utworzyła się niewielka delta, miejsce to dosyć romantyczne, nadające się idealnie na krótki odpoczynek. Następnie wzdłuż jeziora podążyliśmy w kierunku domu. Po drodze zwiedzając jeszcze okoliczne "skałki", którymi nazwano ruiny mostu wysadzonego w czasie wojny przez partyzantów. Po wspięciu się na utworzoną z nich ściankę wspinaczkową i pokręceniu się po okolicy ruszyliśmy w drogę powrotną. Po drodze zaliczyłem jeszcze glebę na śliskich kafelkach wokół knajpy przy ostatnim, najbardziej znanym wśród letników, jeziorze (wg. nazwy jest to jezioro I)
    W domu byliśmy ok. godz. 19. przejeżdżając w moim przypadku niewiele ponad 40km. Jak na początek sezonu był to bardzo udany wypad. Udało się odhaczyć wszystkie punkty programu, pogoda dopisała, ekipa również, a nowy sprzęt choć wymaga jeszcze niewielkich regulacji, spisał się bez zarzutów. Nowe sakwy również zdały test. Więcej zdjęć znajdziecie w galerii Adriana.

PS: Okolice Rogoźnika jak i tereny wokół niego polecam wszystkim rowerzystom oraz amatorom potrafiącym docenić tutejsze atrakcje przyrodnicze.
foto: własne

niedziela, 4 marca 2012

Jeszcze trochę zimy...


foto: Paweł Gruszka
      Zima już za nami. No wiadomo, że w "marcu jak w garncu" i "kwiecień - plecień...", ale ogólnie zima już sobie poszła. Poniekąd szkoda, bo ogólnie to mam jakiś niedosyt zimowych wyjazdów w tym roku. Mam nadzieję, że będzie jeszcze okazja to nadrobić w przyszły weekend. W górach śnieg jeszcze ma się całkiem dobrze. Napadało go sporo jakiś czas temu i wystarczy go jeszcze na długo. I o tym właśnie chciałem napisać.
    Dwa weekendy temu (kurcze, jak ten czas leci), udało mi się wygospodarować czas na wyjazd w góry. Nie było to takie oczywiste, bo plany rodzinne wstępnie były inne, ale na szczęście się zmieniły. Znajomi w tym czasie planowali zorganizowany, kilkunastoosobowy wypad na Krawców Wierch. Jak to napisali impreza miała być "mocno śpiewana, umiarkowanie zakrapiana". Mnie taka wersja pasuje. Mojej drugiej połowie również, więc cel mieliśmy obrany. Krótka informacja, że na pewno będziemy, żeby miejsca noclegowego nam nie zabrakło i można jechać. Jeszcze tylko skompletowanie załogi do samochodu, ta trochę się zmieniała, ale ostatecznie się uformowała w liczbie 3 facetów i jedna kobieta. Jest dobrze. Silna ekipa się przyda. No bo w górach przecież śnieg. Ale nie taki zwykły, specjalny. Nie, nie chodzi tu o jego skład chemiczny, bo ten raczej był standardowy, ale o jego ilość. Ktoś powie: przecież to normalne że zimą jest śnieg w górach i to w znacznych ilościach. To prawda, ale akurat tej zimy, w gminie Ujsoły śniegu było wyjątkowo dużo i potwierdzają to rdzenni mieszkańcy. Podobno od 10 lat nie było takich opadów! Więc wyzwanie jest.
foto: własne
      Informacje jakie płyną z gór, sprawiają, że prawie cała pozostała ekipa łączy się w jedną grupę. Wszystkie szlaki prowadzące do schroniska są nieprzetarte, a świeżego, niezwiązanego śniegu jest ponad 2 metry. Efektem tego, większość znajomych maszeruje szlakiem granicznym z Glinki. Torują dosyć długo, ale siła kilkunastu ludzi i czas jaki mieli, gdyż zaczęli dosyć wcześniej, skutkuje dotarciem do schroniska sporo przed zmrokiem. My niestety zmuszeni byliśmy wyruszyć na szlak dopiero po 14. Obowiązki zawodowe nie pozwoliły nam zrobić tego wcześniej. W dodatku postanowiliśmy spróbować przejść szlakiem niebieskim, ale ze Złatnej. Osobiście szedłem już parę razy zimą tamtędy i mimo iż było ciężko, zawsze się udawało. Tym razem ekipa była silna. Dodatkowo dotarł do nas jeszcze jeden znajomy, którego kondycja jest na wysokim poziomie, więc szanse pozytywnego zakończenia tej próby były dosyć wysokie. Na miejscu okazało się, że śniegu jest rzeczywiście sporo. Prawie 3 metrowe pryzmy po bokach drogi robiły wrażenie. Szlak jednak był przetarty. Nawet po zejściu z drogi prowadzącej na Okrągłe szliśmy wyraźną ścieżką. Pogoda była ładna, humory dopisywały. Szło się łatwo, jak na zimę oczywiście. Śniegu na szlaku nie było dużo, więc i czas mieliśmy dobry. Po ok. godzinie doszliśmy do polany, gdzie szlak skręca ostro w lewo w stronę gajówki. Tutaj mały dylemat. Iść dalej szlakiem, który jest łagodny, gdyż prowadzi delikatnym podejściem przez Straceniec, ale jednak dłuższy i całkowicie nieprzetarty, czy kontynuować dalszą drogę doliną potoku. Kiedyś już tamtędy szedłem zimą i wiem, że podejście na Halę Krawculi jest dosyć strome, choć teoretycznie krótsze. Po krókiej naradzie, zdecydowałem (tak, to była moja decyzja narzucona pozostałym), że jednak nie będziemy szli naokoło. Głównie przekonał mnie do tego fakt, iż droga była przetarta.
foto: Paweł Gruszka
Co prawda od polany śniegu już przybywało i zaspy robiły się coraz większe, jednak ktoś idący przed nami odwalił kawał świetnej roboty, torując nam drogę. Niestety, był to klasyczny przypadek wpuszczenia kogoś w przysłowiowe maliny. W połowie doliny tunel śnieżny się skończył. Ten ktoś, kto do tej pory ułatwiał nam zadanie, postanowił nagle zawrócić. Była nawet teoria, że znajdziemy go zamarzniętego gdzieś pod śniegiem, ale na szczęście się nie potwierdziła. Cóż, pozostało nam torować, co w rzeczywistości sprowadzało się do ręcznego kopania tunelu wysokości ok. 2 metrów. Na początku szło nam dobrze, gdy z nachylenie stoku było niewielkie, jednak w miarę jego wzrastania było coraz gorzej. W dodatku powalone konary drzew i ich gałęzie nie ułatwiały nam zadania. Zapadł zmrok, a my cały czas kopiemy. Na GPSie wyświetla, że w linii prostej mamy coś pomiędzy 500, a 700 metrów do schroniska. Niby niewiele, ale trzeba do tego jeszcze doliczyć strome podejście, więc wychodzi na oko niewiele ponad 1km. Dużo to, czy mało? W czasie, gdy moja zmiana "odpoczywa", a na przodku walczą inni staram się wyliczyć nasze tempo. Ku mojemu zaskoczeniu, wychodzi mi, że przez ostatnią godzinę w linii poziomej przesunęliśmy się ok. 20 metrów. Nie wygląda to obiecująco. Biorąc pod uwagę odległość jaka nam jeszcze została, godzinę (było przed 20), fakt zmęczenia i przemoczenia niektórych z nas oraz to, że tam na górze impreza trwa już dobre kilka godzin, podejmuję decyzję o odwrocie. Ta na szczęście spotyka się z ogólnym entuzjazmem. Jeden tylko z nas, jest tym faktem zawiedziony, ale to młody, ambitny typ, ja już ten okres mam za sobą.
foto: Paweł Gruszka
      Do samochodów wracamy dosyć szybko, niewiele po 21 siedzimy już w ich środkach po udanych "wypchaniach" ich z zaspy, jaką zgotował nam pług odśnieżający drogę czas zdecydować co dalej. Efekt rozmów jest następujący: dwoje z nas jedzie na szlak graniczny i udaje się do schroniska tamtędy, pozostała zaś trójka, szuka noclegu w Złatnej. Decyzja ze wszech miar słuszna. Dwaj pierwsi docierają do schroniska przed 23, są w stanie jeszcze pogadać z niedobitkami. My zaś znajdujemy bardzo przytulny i tani nocleg w schronisku "GAWRA" w Złatnej Hucie, gdzie po ciepłym prysznicu, gadamy przy piwie, do późnych godzin nocnych. Nazajutrz w pięknych okolicznościach przyrody wracamy do domu. Pozostali członkowie ekipy również.
 


     Podsumowując - zima kolejny raz mnie zaskoczyła. Znany z zimy i lata szlak, pokazał mi, że to nie ja jestem w górach panem. Mimo silnej, zdeterminowanej ekipy, znacznej pomocy nieznajomego oraz  technologii, nie udało nam się zrealizować celu. Góry wyciągnęły pazurek, ale tylko po to, aby nam utrzeć nosa, nie chciały nas zranić, pokazały tylko nasze miejsce w szeregu. Chwała im za to.

PS: Poniżej dwa filmy, pierwszy mojego autorstwa drugi Pawła Gruszki, a więcej zdjęć znajdziecie TUTAJ.





czwartek, 16 lutego 2012

Zimowe Bieszczady

foto: własne
     Była zimowa Babia, będą i zimowe Bieszczady, a co. Na początku muszę przyznać, że była to moja pierwsza wizyta zimą w tych górach. Mam tutaj na myśli taką prawdziwą zimę. Bo, gdy ostatnio byłem tam w październiku zeszłego roku, to śnieg co prawda spadł, temperatura również, ale daleko było wtedy, do prawdziwej zimy. Do zimy takiej, jaką lubię. Tym razem się udało. Jednak łatwo nie było. Termin wyjazdu ustalony już dawno ze względu na potrzebę wzięcia dwóch dni urlopu, a tutaj jak na złość. Pogoda na Śląsku ulega pogorszeniu. Mimo wspaniałych warunków przez ostatnie kilka tygodni. W dniu wyjazdu zaczyna prószyć śnieg. Niebo zasnuwa się chmurami, a prognozy mówią o dalszym pogorszeniu. Cóż, pisałem już o zimowych "zaskoczeniach", więc nie będę się powtarzał. Trudno, urlop wypisany, zakupy zrobione, plecak spakowany, pokój zarezerwowany. Nie ma innego wyjścia, trzeba jechać.
foto: własne
      W Bieszczady z Górnego Śląska jest daleko, no może nie tak bardzo jak np. we Wzniesienia Szymbarskie, ale jednak. Podróż zajmuje znaczną część dnia. a jeśli do tego doliczyć przerwę na obiad oraz fakt, że zimą dzień jest krótki - to nie ma sensu się spieszyć, gdyż i tak w góry w dniu przyjazdu już się nie wyjdzie. W związku z tym, postanowiliśmy, że dzień pierwszy przeznaczamy na podróż, z możliwością zwiedzenia czegoś po drodze, ale raczej tylko przez okna samochodu. Wyjechaliśmy po 9. Ok. godziny 16:30 byliśmy w Lesku. Tam też odwiedziliśmy Leski Kamień. Fajna rzecz, idealna miejscówka dla okolicznych wspinaczy, co też widać po mnogości błyszczących w ścianie ringów. Ku naszej uciesze, pogoda wyraźnie się poprawiła. Więc chwilę tam zabawiliśmy. Mimo tego, kierowca zdecydował, że do naszej bazy (a miała się ona mieścić w Wołosatem), pojedziemy może nie najdłuższą, ale też na pewno nie najkrótszą drogą. Trudno, kierowcy trzeba słuchać, bo jeszcze poradzi wysadzić pasażerów w szczerym polu. Tak więc pojechaliśmy boczną, mało odśnieżoną drogą. Najpierw przez Myczkowce. Miejscowość bardzo ładną, spokojną i godną polecenia wszystkim, którzy pragną ciszy. Szczególnie rodzicom z małymi dziećmi. Następnie przez Bóbrkę, nie, nie tę w które znajduje się słynne muzeum naftownictwa, ale tę, która leży niejako pod tamą na słynnym zalewie Solina. Tutaj spędziłem tydzień podczas wakacji 1,5 roku temu i również bardzo polecam to miejsce, jako godne prawdziwego wypoczynku, szczególnie nad zbiornikiem wyrównawczym Jezioro Myczkowskie lub nieco bardziej tłocznym, ale też i bardziej znanym Zalewem Solińskim. Po nacieszeniu oczu widokami, wyruszyliśmy w kierunku Polańczyka. Następnie przez Rajskie, Olchowiec do Czarnej Górnej. To bardzo malownicza trasa, szczególnie fajna na rower, mniej zatłoczona niż ta przez Cisną lub Ustrzyki Dolne, ale
foto: własne
przez to też mniej przejezdna zimą. Nam się udało, ale muszę przyznać, że parę razy niewiele brakowało, aby cofać na sam dół podjazdu. Z Czarnej już bardziej znaną drogą (gdzie Mała Obwodnica Bieszczadzka pokrywa się z Wielką), kierujemy się w stronę Ustrzyk Górnych. Ta trasa również należy do ciekawych. Szczególnie warto zahaczyć o punkt widokowy w okolicach Lutowisk. Jest tam ogromny parking, gdzie szczególnie latem zatrzymuje się sporo samochodów i autokarów. Przy dobrej widoczności jest co podziwiać, nam niestety tym razem nie było to dane z powodu zmroku, ale gwieździsta niebo zapowiadało porządne widoki dnia następnego. Niewiele po godzinie 18 udało nam się szczęśliwie dotrzeć do Wołosatego. Po obu stronach ulic spore zaspy, ale droga mimo iż biała, przejezdna bez większych problemów. W hoteliku czekała już na nas Pani Gospodarz, po kurtuazyjnej wymianie zdań o warunkach, itp., zapłaciliśmy za noclegi i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Poprzedzony odpowiednim nawodnieniem.
foto: własne
      Piątek rozpoczął się rewelacyjnie, za oknem cudowne widoki. Temperatura niewiele oddaliła się od -20 °C, wiec policzki szczypały, za to świecące słońce i niemal nieograniczona widoczność dodawały skrzydeł. Wyruszyliśmy w kierunku Tarnicy, krótkim, niebieskim szlakiem. Po porannych rozmowach w kuchni spodziewaliśmy się najgorszego. Podobno napadało dwa metry śniegu, a od 2 tygodni nikt poza turowcami nie był na szczycie - mogło być ciężko. Ku naszemu zaskoczeniu było inaczej. Puch się zbił, więc było go już niewiele ponad 1m, a w dodatku ścieżka była mocno przedeptana i szło się jak po betonie. To pozwoliło nam uwierzyć, że nie tylko Tarnicę, ale i Szeroki Wierch przejdziemy bez problemów. Po 1,5 godziny wyszliśmy z lasu na polanę pod Tarnicą. To było to, co zimą w górach przyprawia mnie o dreszcze i nie mam tu na myśli zimna. Widoki już teraz zapierały dech w piersiach, a przecież najlepsze dopiero przed nami! Po założeniu gogli ruszyliśmy czym prędzej w kierunku przełęczy. Na niej trochę wiało, ale na szczycie Tarnicy zastała nas cisza. Cisza w pogodzie i cisza w ogóle. Nikogo tylko my. Widoki grubo ponad 150km. Można by tam siedzieć długo, ale to dla tych, którzy w planach mają już tylko zejście. My wybieraliśmy się na spacer po Szerokim Wierchu, więc nie pozbawiało nas to tego wszystkiego, co na szczytach jest takie piękne. W okolicach Tarniczki spotkaliśmy dosyć sporo osób, na szczęście wszyscy schodzili do Wołosatego, więc znowu zostaliśmy sami. Szeroki Wierch dostarcza poza widokami jeszcze jednej niewątpliwej atrakcji - zjazdów na dupie - i to kilku. Przy odpowiednich warunkach, można się na prawdę nieźle rozpędzić, więc nie warto sobie tej przyjemności odmawiać, lepiej poczuć się czasem beztrosko jak dziecko. Niestety, po kolejnych 2 godzinach byliśmy już w Ustrzykach. Restauracje o tej porze roku zamknięte, w jedynej otwarte dostępne było tylko piwo (z czego też skorzystaliśmy). Następnie udaliśmy się w mozolną drogę powrotną, 6 km po asfalcie do Wołosatego. W 1/3 drogi minął nas samochód, ale był  niewielki, poza tym w środku już były 2 osoby, więc kierowca nie bardzo chciał zabrać jeszcze trójkę z plecakami do środka. No cóż, jak pech to pech, nie spodziewaliśmy się wiele, tę drogą zimą przejeżdża przecież tylko kilka samochodów dziennie. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po paru minutach kierowca wrócił po nas już bez pasażerki i z uśmiechem na ustach oznajmił, że żal mu się nas zrobiło, jak tak maszerujemy na mrozie i musiał po nas wrócić. Zacny gest, choć mnie osobiście mróz mało przeszkadzał, bardziej to nuda wywołana spacerem po zwykłej drodze. Tak, czy siak, jestem mu wdzięczny, a dług wdzięczności udało mi się spłacić, ale o tym później.
foto: własne
      W sobotę temperatura jeszcze spadła, ale na niebie zero chmur, więc wypad w góry był pewny. Jedyny dylemat to - na który szczyt? Początkowo myśleliśmy o Połoninie Wetlińskiej, ale perspektywa kilkukilometrowego powrotu asfaltem po samochód, nie była tym o czym marzyliśmy. Postanowiliśmy więc wybrać się na Rawki, z możliwością wydłużenia wycieczki do Krzemieńca. Na Przełęczy Wyżniańskiej samochodów sporo, no cóż, do schroniska niedaleko, a pogoda rewelacyjna. My również zahaczyliśmy o bacówkę, gdzie po nawodnieniu udaliśmy się w kierunku Małej Rawki. Szlak przetarty, więc problemu nie było, na szczycie jednak zaczęło wiać.Trochę nas to zaskoczyło, gdyż dzień wcześnie była totalna cisza, ale za to widok na Tatry wynagrodził nam ten chłód. Po pamiątkowym zdjęciu udaliśmy się w kierunku Wielkiej Rawki. Przełęcz pomiędzy Rawkami pozwoliła nam odpocząć od wiatru i chłodu. Fajne to miejsce, gdyby nie PN, idealne na biwak. Na Wielkiej Rawce spędzamy niewiele czasu, wiatr dosyć się wzmógł, więc odczuwalna temperatura znacznie spadła. Choć warunki śniegowe i widoki kusiły, to jednak zrezygnowaliśmy z odwiedzenia Krzemieńca. Przyjdzie jeszcze na niego czas. Droga w dół była szybka, część z nas pomogła sobie kolejnymi dupozjazdami, choć nie we wszystkich miejscach dało się jechać. Do schroniska już nie wchodziliśmy, za to pofolgowaliśmy sobie na zboczu Wyźniańskiego Wierchu. Udaliśmy się jeszcze do Wetliny na zakupy, możliwość płacenia kartą w tamtejszych delikatesach uratowała już pewnie wielu. Mnie przynajmniej już drugi raz. No cóż, do bankomatu w Cisnej jest znacznie dalej. W drodze powrotnej zjedliśmy jeszcze placki po bieszczadzku w nowo otwartej knajpie Nora pod Beskidnikiem. Lokal klimatyczny, wystrój przypadł mi do gustu, jednak jedzenie już mniej. Warto też dodać, iż w lokalu swobodnie biegają psy. Nie mam nic do tych sympatycznych zwierząt, jednak co na to Sanepid? Z racji tego, iż czasu było sporo, a brzuchy jednak nie do końca napełnione, odwiedziliśmy jeszcze restauracje Hotelu Górskiego PTTK w Ustrzykach Górnych, muszę powiedzieć, że pierś z kurczaka z rusztu wychodzi im idealnie. Polecam każdemu, kto chce dobrze zjeść. W chałupie zrobiliśmy sobie grzane wino marki Bieszczady, a po nim jeszcze krupniczek. Było miło, tylko trochę zimno. Mimo gorącego kaloryfera, stare, drewniane okna, nie dają rady mrozom.
foto: własne
      W niedzielę został nam już tylko powrót domu, tym razem jednak przez Cisną i Komańczę w stronę Rymanowa i dalej DK28 na zachód. Po drodze jeszcze udało mi się zabrać autostopowiczów, którzy z Przełęczy Wyżniańskiej maszerowali w kierunku Wetliny, zaoszczędziłem im ponad 10km spaceru, wiec jak już wspomniałem, dług mam spłacony. Powrót na Śląsk był spokojny, kilka pomyłek w Nowym Sączu, spowodowanych było poszukiwaniami odpowiedniej stacji benzynowej, ale poza tym bez problemów.
            Wyjazd bardzo udany, pogoda dopisała, wycieczki może nie były zbytnio ambitne, ale po tak pięknych górach, nie ma sensu się gonić. Bieszczady zimą polecam każdemu, najlepiej sprawują się po wielkich opadach śniegu i następnie silnych mrozach oraz słonecznych dniach, ale to akurat służy każdym górom. 



Więcej zdjęć TUTAJ