 |
| foto: Adrian Stanik |
 |
| foto: Adrian Stanik |
Jak to pisałem jakiś czas temu, zima w górach jeszcze szaleje, co miałem okazje sprawdzić tydzień temu na Grzesiu w Tatrach Zachodnich, jednak w mieście zadomawia się już wiosna. Wiem, że nie taka, jaką lubimy najbardziej, czyli z zapachem kwiatów, zielenią trawy i śpiewem ptaków, ale jednak. Prawdą jest, że zamiast kwiatów mamy psie odchody na trawnikach, zamiast zielonej trawy - błoto. Jednak ulice są już suche. W większości suche. Co to oznacza dla mnie? Możliwość w miarę bezpiecznej i przyjemnej jazdy rowerem. Oczywiście znam takich rowerzystów dla który sezon trwa cały rok (sam jeszcze niedawno do nich należałem), ja jednak tę zimę sobie odpuściłem, ba - nawet jesień! Głównie z powodu awarii napędu w zeszłe wakacje i niechęci wydawania kasy, gdy inne wydatki były pilniejsze. Jednak przyszedł czas i na to. Póki co, wymieniłem kasetę, łańcuch oraz linki z pancerzami od przerzutek. To już coś. Będzie jeszcze wymiana blatów lub całej korby, ale to musi chwilę poczekać. Póki co, można jeździć. Na początku nieśmiale, bo jednak mięśnie tyłka spłaszczone od prawie półrocznego siedzenia na krześle, mało wydają się być chętne do współpracy z siodełkiem i manifestują swoją niechęć sporym bólem. Trzeba je jednak przyzwyczaić do nowej-starej roli. A to musi odbywać się systematycznie.
 |
| foto: własne |
Rozpoczęło się w czwartek, od rowerowej wizyty w KKS'ie. Spotkania rozpoczynamy tam ok. 19, temperatura o tej godzinie nie jest już taka jak w południe. Pocieszałem się jednak tym, iż w drodze powrotnej jest pod górkę, a jak wiadomo człowiek jadący pod górkę bardziej się męczy, a jak się męczy to się grzeje. Niby prawda, ale w tym wypadku wracałem ok. 20:30, więc spadek temperatury był znaczny, co spowodowało deficyt ciepła i moja teoria się nie sprawdziła. Zmarzłem jak cholera (mimo iż lubię mróz), ale warto było. Mięśnie rozruszane, sprzęt przetestowany i jak to mówią miłośnicy kocich zawodów w sprincie przez płotki - pierwsze koty za płoty. Później przyszedł weekend. Akurat teraz nie było planów górskich, więc sobota została zarezerwowana na rower. A cel był prosty: zwiedzić Rogoźnik i odnaleźć kilka ciekawych miejsc, na które do tej pory jakoś nigdy nie było czasu, czyli Rogoźnicki Kamieniołom oraz Jaskinię Żydowską. No i jeszcze zawitać nad trzecie jeziorko, to najmniejsze. Ekipa zebrała się nawet spora, bo aż 5 osób. Wyruszyliśmy punktualnie ok. 14:30 z parkingu w Michałkowicach, by już po parunastu minutach wydostać się z miejskiego zgiełku. Od Dąbrówki Wielkiej, przez Wojkowice, aż do Rogoźnika droga jest bardzo przyjemna. Ruch samochodów niewielki, zabudowań mało, wokół tylko pola i Brynica. Fajnie jest znowu móc pojechać swoimi ulubionymi trasami. Na niebie zero chmur, temperatura 20°C i ciepły, przedwiosenny, delikatny powiew wiatru. Pogoda wręcz wymarzona na rower.
 |
| foto: Adrian Stanik |
Pierwszy punkt naszej wycieczki osiągnęliśmy bez większego problemu. Ok. 15:30 byliśmy nad kamieniołomem, trafić nie było trudno (tylko jeden skręt w złą uliczkę, zresztą szybko skorygowany). Sam kamieniołom jest dosyć duży, zajmuje kilka hektarów i na całkowite jego obejrzenie trzeba zarezerwować praktycznie cały dzień. My postanowiliśmy tylko go odnaleźć, a na konkretne zwiedzanie przyjdzie jeszcze czas. Kilka fotek i decyzja o przejażdżce w poprzek kamieniołomu i przez pola, w kierunku Jaskini Żydowskiej. Wybór nie był zły, droga jest przejezdna nawet dla rowerów szosowych (i osób, które się nie boją nieutwardzonych, polnych dróg), jednak akurat ta pora roku nie jest idealna, gdyż w początkowej fazie glina z kamieniołomu jest słabo ubita i w związku z dużą ilością wody jaka została po zimie, trasa jest dosyć błotnista. Dalej jest już lepiej, pola wbrew pozorom da się przejechać bez problemów, ewidentnymi drogami gospodarczymi, aż do szosy o numerze 913. Mimo, iż wyjazd jest praktycznie na wysokości samej jaskini, to jednak aby w miarę wygodnie do niej dojechać trzeba zrobić niewielkie kółko, przez początkowe zabudowania Góry Siewierskiej. Jadąc od strony Strzyżowic, mijamy stadion piłkarski i za nim skręcamy w lewo, by po pokręceniu się po okolicy dotrzeć pod otwór jaskini. Sama nora nie jest jakaś szczególnie wielka (ok 13m.), jednak wg. opisu osób, które były tam parę lat temu można było znaleźć w niej nacieki oraz kilka nietoperzy. Nam niestety nie udało się wejść do środka, oba otwory (a w zasadzie wszystkie 3), zostały przysypane obrywającym się ze sklepienia materiałem skalnym. Jakiekolwiek próby wejścia człowieka do środka, powinny być poprzedzone wybraniem luźnego materiału skalnego zalegającego tuż za otworami. Sama okolica jaskini ciekawa, niedaleko od niej można jeszcze spotkać dawne wyrobiska wapienne oraz polany muraw kserotermicznych, podobno niezwykle cennych, jak na tę okolicę.
 |
| foto: własne |
Z jaskini podążyliśmy już przez las w kierunku źródła artezyjskiego oraz pierwszego na jego drodze (a trzeciego z nazwy), jeziorka. Do samego źródła nie dotarliśmy, z powodu drzew i gałęzi zalegających po wycince i pielęgnacji okolicznego drzewostanu, tereny wokół niego; jednak do potoku i samego jeziorka już tak. Obie te atrakcje prezentują się wyjątkowo uroczo, woda w potoku krystalicznie czysta, zasila rogoźnickie jeziora znacznym strumieniem. Jeziorko mimo, iż w znacznego mierze skute jeszcze lodem, równie wygląda atrakcyjnie, aż nie mogę się doczekać pełni wiosny, gdy wokół zakwitną kwiaty, a drzewa się zazielenią. Następnie udaliśmy się wzdłuż potoku Jaworznik w kierunku drugiego orograficznie jeziora. Woda z potoku wyrzeźbiła tutaj dosyć głęboki jar zwany Lisim Wąwozem. Jak na tak niewielki strumień i mały spad, wąwóz ten wydaje się nad wyraz okazały. W miejscu gdzie potok wpływa do jeziora, utworzyła się niewielka delta, miejsce to dosyć romantyczne, nadające się idealnie na krótki odpoczynek. Następnie wzdłuż jeziora podążyliśmy w kierunku domu. Po drodze zwiedzając jeszcze okoliczne "skałki", którymi nazwano ruiny mostu wysadzonego w czasie wojny przez partyzantów. Po wspięciu się na utworzoną z nich ściankę wspinaczkową i pokręceniu się po okolicy ruszyliśmy w drogę powrotną. Po drodze zaliczyłem jeszcze glebę na śliskich kafelkach wokół knajpy przy ostatnim, najbardziej znanym wśród letników, jeziorze (wg. nazwy jest to jezioro I)
W domu byliśmy ok. godz. 19. przejeżdżając w moim przypadku niewiele ponad 40km. Jak na początek sezonu był to bardzo udany wypad. Udało się odhaczyć wszystkie punkty programu, pogoda dopisała, ekipa również, a nowy sprzęt choć wymaga jeszcze niewielkich regulacji, spisał się bez zarzutów. Nowe sakwy również zdały test. Więcej zdjęć znajdziecie w
galerii Adriana.
PS: Okolice Rogoźnika jak i tereny wokół niego polecam wszystkim rowerzystom oraz amatorom potrafiącym docenić tutejsze atrakcje przyrodnicze.
 |
| foto: własne |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz