Od dłuższego już czasu zastanawia mnie fakt występowania zjawisk krasowych w miejscach ogólnie mówiąc nie krasowych. Tzn. takich, w których dla zwykłego amatora nie ma gołym okiem dostępnych wapieni czy gipsów. Takie miejsca w Polsce, jak Jura, Tatry Zachodnie (nie całe), Dolina Nidy, czy Rejon Świetokrzyski to "oczywista oczywistość" i skały krasowiejące widać tam gołym okiem, ale są i inne, gdzie trzeba się już bardziej postarać. Jednym z takich miejsc jest rejon Rogoźnika, miejscowości leżącej w Zagłębiu Dąbrowskim, a okolicznym mieszkańcom znany głównie z dwóch zbiorników, nad którymi w letnie miesiące urządzają sobie od lat piwno-grilowe imprezy. Przyznam, że i ja znałem
foto: własne
to miejsce głównie z faktu grilowania i byczenia się nad wodą w latach młodzieńczych. Jednak to się zmieniło, odkąd zacząłem bardziej intensywnie jeździć na rowerze, szukałem coraz to nowych terenów na wyjazdy, WPKiW był już dla mnie za mały i za ciasny. Padło więc na Wojkowice, następnie Rogoźnik, Pyrzowice i wszelkie okoliczne miasta i wsie. Teren ciekawy, urozmaicony, z gęstą siecią dróg o niewielkim nasileniu ruchu. Po prostu idealny na rowerowe wycieczki, nawet po pracy. Jest na tyle blisko, że wyjeżdżając ok. 16 można jeszcze do zmroku zaliczyć na prawdę ciekawy wyjazd. Szwendam się po okolicy już ładnych parę lat i zaglądam w coraz to bardziej niedostępne rejony, niedostępne przynajmniej w teorii, gdyż nie widać ich bezpośrednio z drogi, a nieraz trzeba trochę głębiej w chaszcze zajrzeć, żeby do nich dotrzeć.
W ostatnim wpisie wspomniałem o Kamieniołomie Rogoźnickim i Jaskini Żydowskiej. Oba te "twory", są ścisłym dowodem na występowania w okolicy sporej ilości wapienia. Głównie występują on tutaj we wzniesieniach Buczyna i Dębowa, w której owe atrakcje się znajdują. Wapień tutaj występujący to wapień triasu środkowego - tzw. muszlowy, a więc starszy od tego obecnego na Jurze. Liczne leje krasowe i kilka niewielkich jaskiń czy próżni świadczą o tym, że góry te wewnątrz są w wielu miejscach puste i przy odpowiednich chęciach i możliwościach technicznych na pewno sporo jaskiń jest tutaj jeszcze do odkrycia. Ja jednak póki co, staram się dowiedzieć jak najwięcej o obiektach już odnalezionych, w związku z tym czekam mnie jeszcze sporo wycieczek w tamte okolice.
foto: własne
Ostatnia z nich miała przybliżyć mi dolny łom rogoźnickiego kamieniołomu i uaktualnić informacje na temat zasypanej jaskini Pod Wiszarem. Wybrałem się więc w towarzystwie Doroty i Adriana na rekonesans. Dzięki namiarom GPS (o ile są prawidłowe), udało nam się dotrzeć bezpośrednio w okolice występowania otworu jaskini. Niestety, mimo przeszukania terenu nie znaleźliśmy go, ściany kamieniołomu w tym miejscu są dosyć połogie, ok. 35-40 stopni i składają się głównie z sypkiego gruzu wapiennego. W związku z tym, jeżeli nawet otwór był tam gdzieś w ścianie, to z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, iż jest on przysypany. Mimo wszystko nie rozwiązuje to wszystkich wątpliwości, a ciekawych miejsc do sprawdzenia, jest jeszcze sporo i na pewno tam wrócimy. W końcu, co innego mamy do roboty...
Jak to pisałem jakiś czas temu, zima w górach jeszcze szaleje, co miałem okazje sprawdzić tydzień temu na Grzesiu w Tatrach Zachodnich, jednak w mieście zadomawia się już wiosna. Wiem, że nie taka, jaką lubimy najbardziej, czyli z zapachem kwiatów, zielenią trawy i śpiewem ptaków, ale jednak. Prawdą jest, że zamiast kwiatów mamy psie odchody na trawnikach, zamiast zielonej trawy - błoto. Jednak ulice są już suche. W większości suche. Co to oznacza dla mnie? Możliwość w miarę bezpiecznej i przyjemnej jazdy rowerem. Oczywiście znam takich rowerzystów dla który sezon trwa cały rok (sam jeszcze niedawno do nich należałem), ja jednak tę zimę sobie odpuściłem, ba - nawet jesień! Głównie z powodu awarii napędu w zeszłe wakacje i niechęci wydawania kasy, gdy inne wydatki były pilniejsze. Jednak przyszedł czas i na to. Póki co, wymieniłem kasetę, łańcuch oraz linki z pancerzami od przerzutek. To już coś. Będzie jeszcze wymiana blatów lub całej korby, ale to musi chwilę poczekać. Póki co, można jeździć. Na początku nieśmiale, bo jednak mięśnie tyłka spłaszczone od prawie półrocznego siedzenia na krześle, mało wydają się być chętne do współpracy z siodełkiem i manifestują swoją niechęć sporym bólem. Trzeba je jednak przyzwyczaić do nowej-starej roli. A to musi odbywać się systematycznie.
foto: własne
Rozpoczęło się w czwartek, od rowerowej wizyty w KKS'ie. Spotkania rozpoczynamy tam ok. 19, temperatura o tej godzinie nie jest już taka jak w południe. Pocieszałem się jednak tym, iż w drodze powrotnej jest pod górkę, a jak wiadomo człowiek jadący pod górkę bardziej się męczy, a jak się męczy to się grzeje. Niby prawda, ale w tym wypadku wracałem ok. 20:30, więc spadek temperatury był znaczny, co spowodowało deficyt ciepła i moja teoria się nie sprawdziła. Zmarzłem jak cholera (mimo iż lubię mróz), ale warto było. Mięśnie rozruszane, sprzęt przetestowany i jak to mówią miłośnicy kocich zawodów w sprincie przez płotki - pierwsze koty za płoty. Później przyszedł weekend. Akurat teraz nie było planów górskich, więc sobota została zarezerwowana na rower. A cel był prosty: zwiedzić Rogoźnik i odnaleźć kilka ciekawych miejsc, na które do tej pory jakoś nigdy nie było czasu, czyli Rogoźnicki Kamieniołom oraz Jaskinię Żydowską. No i jeszcze zawitać nad trzecie jeziorko, to najmniejsze. Ekipa zebrała się nawet spora, bo aż 5 osób. Wyruszyliśmy punktualnie ok. 14:30 z parkingu w Michałkowicach, by już po parunastu minutach wydostać się z miejskiego zgiełku. Od Dąbrówki Wielkiej, przez Wojkowice, aż do Rogoźnika droga jest bardzo przyjemna. Ruch samochodów niewielki, zabudowań mało, wokół tylko pola i Brynica. Fajnie jest znowu móc pojechać swoimi ulubionymi trasami. Na niebie zero chmur, temperatura 20°C i ciepły, przedwiosenny, delikatny powiew wiatru. Pogoda wręcz wymarzona na rower.
foto: Adrian Stanik
Pierwszy punkt naszej wycieczki osiągnęliśmy bez większego problemu. Ok. 15:30 byliśmy nad kamieniołomem, trafić nie było trudno (tylko jeden skręt w złą uliczkę, zresztą szybko skorygowany). Sam kamieniołom jest dosyć duży, zajmuje kilka hektarów i na całkowite jego obejrzenie trzeba zarezerwować praktycznie cały dzień. My postanowiliśmy tylko go odnaleźć, a na konkretne zwiedzanie przyjdzie jeszcze czas. Kilka fotek i decyzja o przejażdżce w poprzek kamieniołomu i przez pola, w kierunku Jaskini Żydowskiej. Wybór nie był zły, droga jest przejezdna nawet dla rowerów szosowych (i osób, które się nie boją nieutwardzonych, polnych dróg), jednak akurat ta pora roku nie jest idealna, gdyż w początkowej fazie glina z kamieniołomu jest słabo ubita i w związku z dużą ilością wody jaka została po zimie, trasa jest dosyć błotnista. Dalej jest już lepiej, pola wbrew pozorom da się przejechać bez problemów, ewidentnymi drogami gospodarczymi, aż do szosy o numerze 913. Mimo, iż wyjazd jest praktycznie na wysokości samej jaskini, to jednak aby w miarę wygodnie do niej dojechać trzeba zrobić niewielkie kółko, przez początkowe zabudowania Góry Siewierskiej. Jadąc od strony Strzyżowic, mijamy stadion piłkarski i za nim skręcamy w lewo, by po pokręceniu się po okolicy dotrzeć pod otwór jaskini. Sama nora nie jest jakaś szczególnie wielka (ok 13m.), jednak wg. opisu osób, które były tam parę lat temu można było znaleźć w niej nacieki oraz kilka nietoperzy. Nam niestety nie udało się wejść do środka, oba otwory (a w zasadzie wszystkie 3), zostały przysypane obrywającym się ze sklepienia materiałem skalnym. Jakiekolwiek próby wejścia człowieka do środka, powinny być poprzedzone wybraniem luźnego materiału skalnego zalegającego tuż za otworami. Sama okolica jaskini ciekawa, niedaleko od niej można jeszcze spotkać dawne wyrobiska wapienne oraz polany muraw kserotermicznych, podobno niezwykle cennych, jak na tę okolicę.
foto: własne
Z jaskini podążyliśmy już przez las w kierunku źródła artezyjskiego oraz pierwszego na jego drodze (a trzeciego z nazwy), jeziorka. Do samego źródła nie dotarliśmy, z powodu drzew i gałęzi zalegających po wycince i pielęgnacji okolicznego drzewostanu, tereny wokół niego; jednak do potoku i samego jeziorka już tak. Obie te atrakcje prezentują się wyjątkowo uroczo, woda w potoku krystalicznie czysta, zasila rogoźnickie jeziora znacznym strumieniem. Jeziorko mimo, iż w znacznego mierze skute jeszcze lodem, równie wygląda atrakcyjnie, aż nie mogę się doczekać pełni wiosny, gdy wokół zakwitną kwiaty, a drzewa się zazielenią. Następnie udaliśmy się wzdłuż potoku Jaworznik w kierunku drugiego orograficznie jeziora. Woda z potoku wyrzeźbiła tutaj dosyć głęboki jar zwany Lisim Wąwozem. Jak na tak niewielki strumień i mały spad, wąwóz ten wydaje się nad wyraz okazały. W miejscu gdzie potok wpływa do jeziora, utworzyła się niewielka delta, miejsce to dosyć romantyczne, nadające się idealnie na krótki odpoczynek. Następnie wzdłuż jeziora podążyliśmy w kierunku domu. Po drodze zwiedzając jeszcze okoliczne "skałki", którymi nazwano ruiny mostu wysadzonego w czasie wojny przez partyzantów. Po wspięciu się na utworzoną z nich ściankę wspinaczkową i pokręceniu się po okolicy ruszyliśmy w drogę powrotną. Po drodze zaliczyłem jeszcze glebę na śliskich kafelkach wokół knajpy przy ostatnim, najbardziej znanym wśród letników, jeziorze (wg. nazwy jest to jezioro I)
W domu byliśmy ok. godz. 19. przejeżdżając w moim przypadku niewiele ponad 40km. Jak na początek sezonu był to bardzo udany wypad. Udało się odhaczyć wszystkie punkty programu, pogoda dopisała, ekipa również, a nowy sprzęt choć wymaga jeszcze niewielkich regulacji, spisał się bez zarzutów. Nowe sakwy również zdały test. Więcej zdjęć znajdziecie w galerii Adriana.
PS: Okolice Rogoźnika jak i tereny wokół niego polecam wszystkim rowerzystom oraz amatorom potrafiącym docenić tutejsze atrakcje przyrodnicze.
Zima już za nami. No wiadomo, że w "marcu jak w garncu" i "kwiecień - plecień...", ale ogólnie zima już sobie poszła. Poniekąd szkoda, bo ogólnie to mam jakiś niedosyt zimowych wyjazdów w tym roku. Mam nadzieję, że będzie jeszcze okazja to nadrobić w przyszły weekend. W górach śnieg jeszcze ma się całkiem dobrze. Napadało go sporo jakiś czas temu i wystarczy go jeszcze na długo. I o tym właśnie chciałem napisać.
Dwa weekendy temu (kurcze, jak ten czas leci), udało mi się wygospodarować czas na wyjazd w góry. Nie było to takie oczywiste, bo plany rodzinne wstępnie były inne, ale na szczęście się zmieniły. Znajomi w tym czasie planowali zorganizowany, kilkunastoosobowy wypad na Krawców Wierch. Jak to napisali impreza miała być "mocno śpiewana, umiarkowanie zakrapiana". Mnie taka wersja pasuje. Mojej drugiej połowie również, więc cel mieliśmy obrany. Krótka informacja, że na pewno będziemy, żeby miejsca noclegowego nam nie zabrakło i można jechać. Jeszcze tylko skompletowanie załogi do samochodu, ta trochę się zmieniała, ale ostatecznie się uformowała w liczbie 3 facetów i jedna kobieta. Jest dobrze. Silna ekipa się przyda. No bo w górach przecież śnieg. Ale nie taki zwykły, specjalny. Nie, nie chodzi tu o jego skład chemiczny, bo ten raczej był standardowy, ale o jego ilość. Ktoś powie: przecież to normalne że zimą jest śnieg w górach i to w znacznych ilościach. To prawda, ale akurat tej zimy, w gminie Ujsoły śniegu było wyjątkowo dużo i potwierdzają to rdzenni mieszkańcy. Podobno od 10 lat nie było takich opadów! Więc wyzwanie jest.
foto: własne
Informacje jakie płyną z gór, sprawiają, że prawie cała pozostała ekipa łączy się w jedną grupę. Wszystkie szlaki prowadzące do schroniska są nieprzetarte, a świeżego, niezwiązanego śniegu jest ponad 2 metry. Efektem tego, większość znajomych maszeruje szlakiem granicznym z Glinki. Torują dosyć długo, ale siła kilkunastu ludzi i czas jaki mieli, gdyż zaczęli dosyć wcześniej, skutkuje dotarciem do schroniska sporo przed zmrokiem. My niestety zmuszeni byliśmy wyruszyć na szlak dopiero po 14. Obowiązki zawodowe nie pozwoliły nam zrobić tego wcześniej. W dodatku postanowiliśmy spróbować przejść szlakiem niebieskim, ale ze Złatnej. Osobiście szedłem już parę razy zimą tamtędy i mimo iż było ciężko, zawsze się udawało. Tym razem ekipa była silna. Dodatkowo dotarł do nas jeszcze jeden znajomy, którego kondycja jest na wysokim poziomie, więc szanse pozytywnego zakończenia tej próby były dosyć wysokie. Na miejscu okazało się, że śniegu jest rzeczywiście sporo. Prawie 3 metrowe pryzmy po bokach drogi robiły wrażenie. Szlak jednak był przetarty. Nawet po zejściu z drogi prowadzącej na Okrągłe szliśmy wyraźną ścieżką. Pogoda była ładna, humory dopisywały. Szło się łatwo, jak na zimę oczywiście. Śniegu na szlaku nie było dużo, więc i czas mieliśmy dobry. Po ok. godzinie doszliśmy do polany, gdzie szlak skręca ostro w lewo w stronę gajówki. Tutaj mały dylemat. Iść dalej szlakiem, który jest łagodny, gdyż prowadzi delikatnym podejściem przez Straceniec, ale jednak dłuższy i całkowicie nieprzetarty, czy kontynuować dalszą drogę doliną potoku. Kiedyś już tamtędy szedłem zimą i wiem, że podejście na Halę Krawculi jest dosyć strome, choć teoretycznie krótsze. Po krókiej naradzie, zdecydowałem (tak, to była moja decyzja narzucona pozostałym), że jednak nie będziemy szli naokoło. Głównie przekonał mnie do tego fakt, iż droga była przetarta.
foto: Paweł Gruszka
Co prawda od polany śniegu już przybywało i zaspy robiły się coraz większe, jednak ktoś idący przed nami odwalił kawał świetnej roboty, torując nam drogę. Niestety, był to klasyczny przypadek wpuszczenia kogoś w przysłowiowe maliny. W połowie doliny tunel śnieżny się skończył. Ten ktoś, kto do tej pory ułatwiał nam zadanie, postanowił nagle zawrócić. Była nawet teoria, że znajdziemy go zamarzniętego gdzieś pod śniegiem, ale na szczęście się nie potwierdziła. Cóż, pozostało nam torować, co w rzeczywistości sprowadzało się do ręcznego kopania tunelu wysokości ok. 2 metrów. Na początku szło nam dobrze, gdy z nachylenie stoku było niewielkie, jednak w miarę jego wzrastania było coraz gorzej. W dodatku powalone konary drzew i ich gałęzie nie ułatwiały nam zadania. Zapadł zmrok, a my cały czas kopiemy. Na GPSie wyświetla, że w linii prostej mamy coś pomiędzy 500, a 700 metrów do schroniska. Niby niewiele, ale trzeba do tego jeszcze doliczyć strome podejście, więc wychodzi na oko niewiele ponad 1km. Dużo to, czy mało? W czasie, gdy moja zmiana "odpoczywa", a na przodku walczą inni staram się wyliczyć nasze tempo. Ku mojemu zaskoczeniu, wychodzi mi, że przez ostatnią godzinę w linii poziomej przesunęliśmy się ok. 20 metrów. Nie wygląda to obiecująco. Biorąc pod uwagę odległość jaka nam jeszcze została, godzinę (było przed 20), fakt zmęczenia i przemoczenia niektórych z nas oraz to, że tam na górze impreza trwa już dobre kilka godzin, podejmuję decyzję o odwrocie. Ta na szczęście spotyka się z ogólnym entuzjazmem. Jeden tylko z nas, jest tym faktem zawiedziony, ale to młody, ambitny typ, ja już ten okres mam za sobą.
foto: Paweł Gruszka
Do samochodów wracamy dosyć szybko, niewiele po 21 siedzimy już w ich środkach po udanych "wypchaniach" ich z zaspy, jaką zgotował nam pług odśnieżający drogę czas zdecydować co dalej. Efekt rozmów jest następujący: dwoje z nas jedzie na szlak graniczny i udaje się do schroniska tamtędy, pozostała zaś trójka, szuka noclegu w Złatnej. Decyzja ze wszech miar słuszna. Dwaj pierwsi docierają do schroniska przed 23, są w stanie jeszcze pogadać z niedobitkami. My zaś znajdujemy bardzo przytulny i tani nocleg w schronisku "GAWRA" w Złatnej Hucie, gdzie po ciepłym prysznicu, gadamy przy piwie, do późnych godzin nocnych. Nazajutrz w pięknych okolicznościach przyrody wracamy do domu. Pozostali członkowie ekipy również.
Podsumowując - zima kolejny raz mnie zaskoczyła. Znany z zimy i lata szlak, pokazał mi, że to nie ja jestem w górach panem. Mimo silnej, zdeterminowanej ekipy, znacznej pomocy nieznajomego oraz technologii, nie udało nam się zrealizować celu. Góry wyciągnęły pazurek, ale tylko po to, aby nam utrzeć nosa, nie chciały nas zranić, pokazały tylko nasze miejsce w szeregu. Chwała im za to.
PS: Poniżej dwa filmy, pierwszy mojego autorstwa drugi Pawła Gruszki, a więcej zdjęć znajdziecieTUTAJ.