Tytułem wstępu


Na początku jest najłatwiej
Gdy się w pełni sił i wiary
Byka chwyta się za rogi
Z życiem bierze się za bary

Potem jest niestety trudniej
Siły mniejsze, marna wiara
Już się nie gna tak do przodu
Wciąż się jednak człowiek stara

Jak to dalej będzie nie wiem?
Jestem gdzieś w połowie drogi
Jeszcze chce mi się wędrować
Lecz już trochę bolą nogi

Piotr Gutkowski


czwartek, 16 lutego 2012

Zimowe Bieszczady

foto: własne
     Była zimowa Babia, będą i zimowe Bieszczady, a co. Na początku muszę przyznać, że była to moja pierwsza wizyta zimą w tych górach. Mam tutaj na myśli taką prawdziwą zimę. Bo, gdy ostatnio byłem tam w październiku zeszłego roku, to śnieg co prawda spadł, temperatura również, ale daleko było wtedy, do prawdziwej zimy. Do zimy takiej, jaką lubię. Tym razem się udało. Jednak łatwo nie było. Termin wyjazdu ustalony już dawno ze względu na potrzebę wzięcia dwóch dni urlopu, a tutaj jak na złość. Pogoda na Śląsku ulega pogorszeniu. Mimo wspaniałych warunków przez ostatnie kilka tygodni. W dniu wyjazdu zaczyna prószyć śnieg. Niebo zasnuwa się chmurami, a prognozy mówią o dalszym pogorszeniu. Cóż, pisałem już o zimowych "zaskoczeniach", więc nie będę się powtarzał. Trudno, urlop wypisany, zakupy zrobione, plecak spakowany, pokój zarezerwowany. Nie ma innego wyjścia, trzeba jechać.
foto: własne
      W Bieszczady z Górnego Śląska jest daleko, no może nie tak bardzo jak np. we Wzniesienia Szymbarskie, ale jednak. Podróż zajmuje znaczną część dnia. a jeśli do tego doliczyć przerwę na obiad oraz fakt, że zimą dzień jest krótki - to nie ma sensu się spieszyć, gdyż i tak w góry w dniu przyjazdu już się nie wyjdzie. W związku z tym, postanowiliśmy, że dzień pierwszy przeznaczamy na podróż, z możliwością zwiedzenia czegoś po drodze, ale raczej tylko przez okna samochodu. Wyjechaliśmy po 9. Ok. godziny 16:30 byliśmy w Lesku. Tam też odwiedziliśmy Leski Kamień. Fajna rzecz, idealna miejscówka dla okolicznych wspinaczy, co też widać po mnogości błyszczących w ścianie ringów. Ku naszej uciesze, pogoda wyraźnie się poprawiła. Więc chwilę tam zabawiliśmy. Mimo tego, kierowca zdecydował, że do naszej bazy (a miała się ona mieścić w Wołosatem), pojedziemy może nie najdłuższą, ale też na pewno nie najkrótszą drogą. Trudno, kierowcy trzeba słuchać, bo jeszcze poradzi wysadzić pasażerów w szczerym polu. Tak więc pojechaliśmy boczną, mało odśnieżoną drogą. Najpierw przez Myczkowce. Miejscowość bardzo ładną, spokojną i godną polecenia wszystkim, którzy pragną ciszy. Szczególnie rodzicom z małymi dziećmi. Następnie przez Bóbrkę, nie, nie tę w które znajduje się słynne muzeum naftownictwa, ale tę, która leży niejako pod tamą na słynnym zalewie Solina. Tutaj spędziłem tydzień podczas wakacji 1,5 roku temu i również bardzo polecam to miejsce, jako godne prawdziwego wypoczynku, szczególnie nad zbiornikiem wyrównawczym Jezioro Myczkowskie lub nieco bardziej tłocznym, ale też i bardziej znanym Zalewem Solińskim. Po nacieszeniu oczu widokami, wyruszyliśmy w kierunku Polańczyka. Następnie przez Rajskie, Olchowiec do Czarnej Górnej. To bardzo malownicza trasa, szczególnie fajna na rower, mniej zatłoczona niż ta przez Cisną lub Ustrzyki Dolne, ale
foto: własne
przez to też mniej przejezdna zimą. Nam się udało, ale muszę przyznać, że parę razy niewiele brakowało, aby cofać na sam dół podjazdu. Z Czarnej już bardziej znaną drogą (gdzie Mała Obwodnica Bieszczadzka pokrywa się z Wielką), kierujemy się w stronę Ustrzyk Górnych. Ta trasa również należy do ciekawych. Szczególnie warto zahaczyć o punkt widokowy w okolicach Lutowisk. Jest tam ogromny parking, gdzie szczególnie latem zatrzymuje się sporo samochodów i autokarów. Przy dobrej widoczności jest co podziwiać, nam niestety tym razem nie było to dane z powodu zmroku, ale gwieździsta niebo zapowiadało porządne widoki dnia następnego. Niewiele po godzinie 18 udało nam się szczęśliwie dotrzeć do Wołosatego. Po obu stronach ulic spore zaspy, ale droga mimo iż biała, przejezdna bez większych problemów. W hoteliku czekała już na nas Pani Gospodarz, po kurtuazyjnej wymianie zdań o warunkach, itp., zapłaciliśmy za noclegi i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Poprzedzony odpowiednim nawodnieniem.
foto: własne
      Piątek rozpoczął się rewelacyjnie, za oknem cudowne widoki. Temperatura niewiele oddaliła się od -20 °C, wiec policzki szczypały, za to świecące słońce i niemal nieograniczona widoczność dodawały skrzydeł. Wyruszyliśmy w kierunku Tarnicy, krótkim, niebieskim szlakiem. Po porannych rozmowach w kuchni spodziewaliśmy się najgorszego. Podobno napadało dwa metry śniegu, a od 2 tygodni nikt poza turowcami nie był na szczycie - mogło być ciężko. Ku naszemu zaskoczeniu było inaczej. Puch się zbił, więc było go już niewiele ponad 1m, a w dodatku ścieżka była mocno przedeptana i szło się jak po betonie. To pozwoliło nam uwierzyć, że nie tylko Tarnicę, ale i Szeroki Wierch przejdziemy bez problemów. Po 1,5 godziny wyszliśmy z lasu na polanę pod Tarnicą. To było to, co zimą w górach przyprawia mnie o dreszcze i nie mam tu na myśli zimna. Widoki już teraz zapierały dech w piersiach, a przecież najlepsze dopiero przed nami! Po założeniu gogli ruszyliśmy czym prędzej w kierunku przełęczy. Na niej trochę wiało, ale na szczycie Tarnicy zastała nas cisza. Cisza w pogodzie i cisza w ogóle. Nikogo tylko my. Widoki grubo ponad 150km. Można by tam siedzieć długo, ale to dla tych, którzy w planach mają już tylko zejście. My wybieraliśmy się na spacer po Szerokim Wierchu, więc nie pozbawiało nas to tego wszystkiego, co na szczytach jest takie piękne. W okolicach Tarniczki spotkaliśmy dosyć sporo osób, na szczęście wszyscy schodzili do Wołosatego, więc znowu zostaliśmy sami. Szeroki Wierch dostarcza poza widokami jeszcze jednej niewątpliwej atrakcji - zjazdów na dupie - i to kilku. Przy odpowiednich warunkach, można się na prawdę nieźle rozpędzić, więc nie warto sobie tej przyjemności odmawiać, lepiej poczuć się czasem beztrosko jak dziecko. Niestety, po kolejnych 2 godzinach byliśmy już w Ustrzykach. Restauracje o tej porze roku zamknięte, w jedynej otwarte dostępne było tylko piwo (z czego też skorzystaliśmy). Następnie udaliśmy się w mozolną drogę powrotną, 6 km po asfalcie do Wołosatego. W 1/3 drogi minął nas samochód, ale był  niewielki, poza tym w środku już były 2 osoby, więc kierowca nie bardzo chciał zabrać jeszcze trójkę z plecakami do środka. No cóż, jak pech to pech, nie spodziewaliśmy się wiele, tę drogą zimą przejeżdża przecież tylko kilka samochodów dziennie. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po paru minutach kierowca wrócił po nas już bez pasażerki i z uśmiechem na ustach oznajmił, że żal mu się nas zrobiło, jak tak maszerujemy na mrozie i musiał po nas wrócić. Zacny gest, choć mnie osobiście mróz mało przeszkadzał, bardziej to nuda wywołana spacerem po zwykłej drodze. Tak, czy siak, jestem mu wdzięczny, a dług wdzięczności udało mi się spłacić, ale o tym później.
foto: własne
      W sobotę temperatura jeszcze spadła, ale na niebie zero chmur, więc wypad w góry był pewny. Jedyny dylemat to - na który szczyt? Początkowo myśleliśmy o Połoninie Wetlińskiej, ale perspektywa kilkukilometrowego powrotu asfaltem po samochód, nie była tym o czym marzyliśmy. Postanowiliśmy więc wybrać się na Rawki, z możliwością wydłużenia wycieczki do Krzemieńca. Na Przełęczy Wyżniańskiej samochodów sporo, no cóż, do schroniska niedaleko, a pogoda rewelacyjna. My również zahaczyliśmy o bacówkę, gdzie po nawodnieniu udaliśmy się w kierunku Małej Rawki. Szlak przetarty, więc problemu nie było, na szczycie jednak zaczęło wiać.Trochę nas to zaskoczyło, gdyż dzień wcześnie była totalna cisza, ale za to widok na Tatry wynagrodził nam ten chłód. Po pamiątkowym zdjęciu udaliśmy się w kierunku Wielkiej Rawki. Przełęcz pomiędzy Rawkami pozwoliła nam odpocząć od wiatru i chłodu. Fajne to miejsce, gdyby nie PN, idealne na biwak. Na Wielkiej Rawce spędzamy niewiele czasu, wiatr dosyć się wzmógł, więc odczuwalna temperatura znacznie spadła. Choć warunki śniegowe i widoki kusiły, to jednak zrezygnowaliśmy z odwiedzenia Krzemieńca. Przyjdzie jeszcze na niego czas. Droga w dół była szybka, część z nas pomogła sobie kolejnymi dupozjazdami, choć nie we wszystkich miejscach dało się jechać. Do schroniska już nie wchodziliśmy, za to pofolgowaliśmy sobie na zboczu Wyźniańskiego Wierchu. Udaliśmy się jeszcze do Wetliny na zakupy, możliwość płacenia kartą w tamtejszych delikatesach uratowała już pewnie wielu. Mnie przynajmniej już drugi raz. No cóż, do bankomatu w Cisnej jest znacznie dalej. W drodze powrotnej zjedliśmy jeszcze placki po bieszczadzku w nowo otwartej knajpie Nora pod Beskidnikiem. Lokal klimatyczny, wystrój przypadł mi do gustu, jednak jedzenie już mniej. Warto też dodać, iż w lokalu swobodnie biegają psy. Nie mam nic do tych sympatycznych zwierząt, jednak co na to Sanepid? Z racji tego, iż czasu było sporo, a brzuchy jednak nie do końca napełnione, odwiedziliśmy jeszcze restauracje Hotelu Górskiego PTTK w Ustrzykach Górnych, muszę powiedzieć, że pierś z kurczaka z rusztu wychodzi im idealnie. Polecam każdemu, kto chce dobrze zjeść. W chałupie zrobiliśmy sobie grzane wino marki Bieszczady, a po nim jeszcze krupniczek. Było miło, tylko trochę zimno. Mimo gorącego kaloryfera, stare, drewniane okna, nie dają rady mrozom.
foto: własne
      W niedzielę został nam już tylko powrót domu, tym razem jednak przez Cisną i Komańczę w stronę Rymanowa i dalej DK28 na zachód. Po drodze jeszcze udało mi się zabrać autostopowiczów, którzy z Przełęczy Wyżniańskiej maszerowali w kierunku Wetliny, zaoszczędziłem im ponad 10km spaceru, wiec jak już wspomniałem, dług mam spłacony. Powrót na Śląsk był spokojny, kilka pomyłek w Nowym Sączu, spowodowanych było poszukiwaniami odpowiedniej stacji benzynowej, ale poza tym bez problemów.
            Wyjazd bardzo udany, pogoda dopisała, wycieczki może nie były zbytnio ambitne, ale po tak pięknych górach, nie ma sensu się gonić. Bieszczady zimą polecam każdemu, najlepiej sprawują się po wielkich opadach śniegu i następnie silnych mrozach oraz słonecznych dniach, ale to akurat służy każdym górom. 



Więcej zdjęć TUTAJ

czwartek, 9 lutego 2012

Zimowa Babia


Zimowa Babia
foto: Marek Świech
Zimowa Babia
foto: własne
    Jak już pisałem lubię mróz, tak zwyczajnie. Słońce i plaża też są fajne, ale latem. Zimą śnieg i mróz. Tak to już jest zrobione i tak powinno zostać. Dzięki temu życie staje się kolorowe (biały to też kolor). W tym roku zima przyszła późno. Bardzo późno. Ale za to z przytupem. Pod koniec stycznia w górach było już prawie 2 metry śniegu, a z początkiem lutego, chwyciły siarczyste mrozy. Fajnie. Nie ma pluchy, ciapy, błota pośniegowego i wszystkiego tego, czego zimą nienawidzę. Nawet dla kierowców to dobra pogoda, po zmrożonej ulicy, gdzie śnieg i lód już dawno wysublimowały jeździ się o wiele bezpieczniej niż po mokrej brei. No i drogowcy nie mają tyle roboty, a dzięki temu, że słupek rtęci nie przechodzi co noc przez zero, nawet asfalt jest mniej podziurawiony. Ale wróćmy do sedna. Skoro lubię mróz, to też często się na niego wystawiam. Nie, nie nago czy chociaż w slipkach. Porządnie ubrany - w końcu nigdzie nie napisałem, że lubię marznąć. Wręcz przeciwnie. Lubie jak mi jest ciepło, dlatego też w mroźną pogodę odpowiednio się ubieram i polecam to wszystkim którzy mówią, że nie lubią zimy, bo zimno. Porządny ubiór pomoże im zmienić zdanie. Tak więc wystawiam się na mróz, najczęściej robię to w górach, po pierwsze dlatego, że kocham góry, a po drugie dlatego, że w górach przeważnie mróz jest większy niż w mieście. Ot, taka prosta motywacja. Z tego też powodu, od paru już lat, staram się przynajmniej 2-3 weekendy zimy spędzić pod namiotem. Nie będę tłumaczył dlaczego to robię. Tym którzy uważają mnie za idiotę i tak niczego nie wyjaśnię.  A Ci, którzy mnie za niego nie uważają, prawdopodobniej nie wymagają takich tłumaczeń.
Krowiarki
foto: własne
     W tym roku dni pomiędzy 1-3 lutego okrzyknięto najzimniejszymi dniami zimy! Gdzieś tam w Polsce temperatura spadła podobno do -32 °C. Od razu wpadł mi do głowy pomysł, że to przecież najlepszy czas na biwak zimowy. Siarczysty mróz zapewnia wspaniałą pogodę i łatwy spacer bo zmrożonym śniegu. Bez zapadania, torowania, dziurkowania. A skoro to najlepszy okres na zimowe zabawy, to trzeba je czym prędzej uskutecznić. Szybkie ustalenia z drugą połówką i już wiem, że mogę jechać. Byle Jej na siłę nie ciągnąć. Spoko, zrozumiałem. Więc rzucam informację w sieć i już po chwili zgłasza się dwóch chętnych, później jeszcze trzeci, który jednak z powodów rodzinnych jest zmuszony zrezygnować. Ale nie jest źle. 3 dorosłe osoby, które zimą w górach przeżyły już co nieco, powinny dać sobie radę. Trzeba jeszcze tylko wybrać miejsce biwaku. Pada na Babią Górę. Po pierwsze to jedna z moich ulubionych gór, po drugie miejsce na biwak na szczycie jest idealne i sprawdzone 4 poprzednimi wyjazdami. Minus taki, że to park. Narodowy. W parku biwakować nie wolno, no chyba, że jest się zmuszonym. Przyznam, że trochę nagięliśmy przepisy. Ale ja to tłumaczę tym, że ze szlaku nie schodzimy, a rozbijamy się w miejscu, gdzie codziennie kilkadziesiąt osób przebywa i zostawia o wiele gorsze rzeczy niż my. Dlatego zwierzyny raczej nie płoszymy (bo jej w tym miejscu po prostu nie ma). Ot, takie uspokojenia sumienia, bo ogólnie jestem zwolennikiem przestrzegania regulaminów PN.
Piwo na Babiej
foto: własne
  Skoro już mamy miejsce i w miarę czyste sumienie, czas wyruszyć. Na Przełęcz Lipnicką docieramy wczesnym popołudniem, nie ma sensu się spieszyć, bo na szczycie i tak nie będzie co robić, a spać od 17 to jednak ciężko. Spokojnie więc zaczynamy się przebierać i przepakowywać. Jest i czas na piwo przy samochodzie, przecież do wejścia na szczyt zdążymy je spalić. Temp. - 17 °C. Nieźle. Ruszamy chyba po 15, wg. mapy mamy niecałe 2,5 godziny na szczyt, więc przy normalnym tempie powinniśmy zdążyć przez zachodem słońca. Pogoda fajna, tylko chmury na Babią, ale to akurat było do przewidzenia, tym bardziej, że podobno idzie jakiś niż. Znad Rosji, a to nie wróży zbyt dobrych warunków. No trudno, teraz już nie ma sensu się wracać.
     Na Sokolicy warunki dobre, wiatr słaby. Widać Kępę jak i Zawoję, chmury się podniosły, więc nie jest źle, jednak na dalekie widoki szanse marne. Krótki popas, założenie dodatkowych ubrań i po parunastu minutach ruszamy dalej. Idzie się bardzo wygodnie, pod nogami zbity gips, delikatnie się zapadamy jedynie poza ścieżką, poza tym marsz jak po betonie. Widoczność kilkaset metrów. Na szczyt docieramy krótko przed 17. Pusto. Dwa miejsca pod namioty przygotowane, trzeba je tylko nieznacznie wyrównać i można się rozbijać. Wiatr niestety zachodni, więc kamienny murek pomaga niewiele. Chwilowe problemy z rozłożeniem namiotu podczas porywów wiatru udaje nam się przezwyciężyć. I już po chwili nasz tymczasowy dom stoi dumnie. Mocujemy szybko odciągi, na szczęście wystarczy zahaczyć je o śnieg. Wbijamy też łopatę i czekan. Jest dobrze. Pomagam przez chwilę kumplowi, który zdecydował, że będzie spał w sam w swoim namiocie. Widocznie lubi. W tym samy czasie mój kompan buduje mur. Pomagam mu więc czym prędzej i już po paru chwilach jesteśmy znacznie obudowani. Czas na "meblowanie" wnętrza. Idą więc karimaty, śpiwory, plecaki i na końcu my.  W środku jest ok. Przynajmniej nie wieje, a to już sporo. Po przebraniu postanawiamy się wygrzać. Trwa to znacznie dłużej niż planowałem i nawet udało mi się zasnąć. Budzę się po godzinie, jest mi gorąco i błogo, ale czuję też głód. Biorę się za bułki, te są na tyle dobre i sycące, że nie mam ochoty na ciepły posiłek. Za to decydujemy się ogrzać nasze browary. JetBoil radzi sobie świetnie (kurczę, powinienem dostać jakąś zapłatę za reklamę). Wypijamy po piwie i coś tam jeszcze. Dyskutujemy do późna. W tym samym czasie kumpel w drugim namiocie słucha to nas, to muzyki. Jednak i on w końcu On zasypia.
Nocleg na Babiej
foto: Marek Świech
     Rano budzi mnie rozmowa kogoś na zewnątrz. Później okazuje się, że przyszło dwóch turystów oglądać świt. Poleżeli w śpiworach do 7:30 i poszli sobie. Ja nie miałem ochoty wychodzić na zewnątrz. Ok. 8 jednak przyszedł ten trzeci, obudził nas i nakręcił filmik. To mnie zmotywowało, zebraliśmy się więc w miarę żwawo i wyszliśmy przed namiot. To co zobaczyłem, spełniło kolejne z moich marzeń. Słońce i dalekie widoki stały się faktem. Dopiero podczas 5 noclegu na szczycie. Raz już trafiłem na ładną pogodę, ale wtedy nocowałem w schronisku, wychodząc na szczyt tylko podczas świtu. Przez dłuższą chwilę kontemplowałem widoki, wiatr i temperatura nie przeszkadzały, wręcz przeciwnie - w końcu przecież lubię zimno. Niestety, coraz więcej osób pojawiało się na szczycie, a to jednak trochę mi przeszkadza, nadszedł więc czas dokończyć pakowanie i powoli uciekać. Tutaj mała wpadka organizacyjna, gdyż nie do końca poinformowaliśmy się o kierunku zejścia, jednak wszystko udało się naprawić. Po niecałych 2 godzinach znowu jesteśmy na parkingu w Krowiarkach. Szkoda wracać, ale obowiązki wzywają. Jeszcze tylko obiad w restauracji Czarda w Widłach i spokojny powrót do domu. Kolejna zimowa Babia przeszła do historii.


Panorama z Babiej
foto: własne

PS: Nie udało się pobić markowego rekordu zimna, w spaniu pod namiotem. Minimalna temperatura w nocy, wyniosła "tylko" - 22.9  °C. Cóż, może innym razem uda się trafić w -30?


Temp. na Babiej
foto: Marek Świech
PPS: Poniżej dwa filmiki z tego wypadu, pierwszy jest mój, drugi ukradłem Markowi Świechowi. Mam nadzieję, że wybaczy.







Więcej zdjęć TUTAJ

wtorek, 7 lutego 2012

Historia pewnego zimowego spaceru.

      Lubie mróz. Taki prawdziwy. Solidny. Nie lubię jak jest mokro. Deszcz lub topniejący śnieg to masakra. Dla mnie, dla moich zmysłów, dla zdrowia, dla sprzętu. Dlatego lubię mróz. Oczywiście zimą, wtedy gdy biały puch pokrywa wszystko wkoło. Przy wysokim mrozie śnieg jest suchy, człowiek jest suchy, można się nawet w śniegu tarzać, to nie przeszkadza, nadal jest się suchym. Dlatego właśnie lubię mróz. I to solidny. Wiem, powtarzam się, ale cóż skoro taka jest prawda, że lubię mróz. Zima co roku sprawia wiele niespodzianek. Nie, nie mam tu na myśli drogowców, bo to już temat oklepany, oni zawsze będą zaskoczeni. Ale chodzi mi tutaj o turystów, a ściślej o turystę w mojej skromnej osobie. Nauczyłem się już, że zimowych wypadów nie da się planować z półrocznym wyprzedzeniem. Ba! Nie da się często z tygodniowym, a i nawet wyjeżdżając rano do końca nie wiadomo co zastanie się w górach. Taki już ich urok. Zdarzyło mi się już sporo "zaskoczeń" zimą w górach. Pewnego razu szlak miał być przetarty wg. informacji na stronie schroniska, a po przyjeździe na miejsce nawet nie było po nim śladu, innym razem miał być mróz, a na miejscu temp. grubo powyżej 0 i zamiast marszu po betonie, brodzenie w mokrej mazi po kolana. Innym razem znowu warunki stricte późnojesienne w środku stycznia. Tu zaskoczenia nie było, bo od kilku dni lało, ale wyjazd planowany był od paru miesięcy jako typowo zimowy i wybrało się na niego sporo ludzi. Do tego wszystkiego dochodzi widoczność, w nizinach często bardzo dobra, na grzbietach górskich dochodząca do 1 metra. I na odwrót, mimo kiepskich warunków w mieście, udaje się wyjść ponad chmury i maszerować pod czystym, niczym nie skalanym niebem, w promieniach zimowego słońca.                        
      Przypomina mi się jeszcze jedna wycieczka. Ambitna. Zimą. W słowackich Niżnych Tatrach. Trasa długa, (ok. 8 godzin latem), ale jesteśmy na nią przygotowani (potem się okazało, że jednak nie całkiem). Troje silnych facetów (Co? My nie damy rady!). Ubiór odpowiedni, przy sobie śpiwory 3 sezonowe (w końcu mamy nocować w schronisku), latarki (planowaliśmy marsz po zmroku), kuchenka gazowa JetBoil (odpali w każdych warunkach), do tego żarcie, trochę alkoholu (to już do świętowania w schronisku) i sporo ambicji połączonej z doświadczeniem zimowym na podobnych wysokościach. Pogoda wręcz wymarzona: zero chmur, temp. ok. -5, -7 °C. Na szlaku beton, przynajmniej na początku. Idziemy szybko, tempo jak latem, nie będzie źle. Pierwszy błąd - decydujemy się na skrót po śladach turowców - efekt: zamiast zyskać na czasie, tracimy zapadając się niemal po pas. Trudno - nadrobimy. Drugi błąd - wchodzimy w teren lawiniasty, niby nachylenie niewielkie (15-20°), jednak lawinowa 2 oraz brak drzew robią swoje. Mimo spaceru w odstępach naruszamy stabilność śniegu, ten pęka przede mną, a linia pęknięcia sięga dalej niż ostrość mojego wzroku, na szczęście nic nie wyjeżdża mi spod nóg, Ale ten dźwięk zapamiętam na długo. W końcu wychodzimy na szlak i kolejne rozczarowanie. Najgorszy śnieg dla piechura. Na górze szreń, pod nim puch, torować się nie da, iść po górze również, bo jednak nasz ciężar jest zbyt duży. Więc co wychodzimy na górną warstwą, to noga zapada się po krocze i tak cały czas. Typowe "dziurkacze". Nadal jednak liczymy na to, że się uda, w sumie możemy iść przez całą noc, damy radę. Jednak przychodzi najgorsze, będąc pomiędzy szlakami umożliwiającymi bezpieczne zejście z grani, zauważam ogromną ciemną chmurę podążającą ku nam, z kierunki w którym maszerujemy. Oczywiście nie udaje nam się dotrzeć do szlaku zejściowego, kurniawa dopada na na grzbiecie, temp. spada momentalnie, wiatr wieje niesamowicie, a do tego widoczność zaczyna wynosić 1-2m. Walczymy, jeszcze udaje nam się zaliczyć parę palików znaczących szlak, jednak następnego już nie dostrzegamy, błądzimy jak dzieci we mgle, szukając czegoś, co pozwoli nam się zorientować w kierunku marszu, niestety, nie udaje nam się to. Mało nie zgubiliśmy siebie nawzajem. W sumie w tych warunkach nie było to trudne. Kręcimy się po okolicy jeszcze przez dłuższą chwilę, jednak nic nie zapowiada poprawy, wręcz przeciwnie, zapadam zmrok. Latarki diodowe, choć mają sporo zalet, mają też jedną wadę, święcąc nimi na mgłę widzimy tylko czubek własnego nosa, porządny halogen może i by się przebił, jednak nie wiem czy cokolwiek by to dało. No nic, trzeba podjąć tę trudną decyzję: KIBEL! Brr. Gdzie? Tutaj. W czym? W norze śnieżnej. W jakich śpiworach? W tych, które mamy. Hmm. Krótka narada kto ma najgorzej. Mniej więcej po równo : -2°C jako extremum możliwości naszych "slipingbagów", nie wygląda zachęcająco. Niestety, nie mamy wyboru. Kopiemy, najpierw na zmianę, później jeden z nas upiera się, że on to zrobi sam. Ok, pozostała dwójka co prawda marznie na wietrze i mrozie, jednak nie przemaka potem i śniegiem usuwanym z jamy. Po jakiś czasie (nikt z nas nie ma pojęcia ile to trwało), jama jest gotowa. Przynajmniej na tyle, na ile pozwalały warunki. Dokopaliśmy się do ziemi, śniegu okazało się zbyt mało na stworzenie odpowiednio głębokiej dziury, a na górze też trzeba było zostawić solidny "dach", żeby nas to wszystko w nocy nie przysypało. Jakoś się zmieścimy, dwóch mniejszych w poprzek nory, z nogami podkurczonymi, we wszystkich ubraniach i z butami w śpiworach. Trzeci z nas w poprzek, z głową na mojej klacie, bo miejsca więcej nie było. Otwór nory nie zasłonięty, ten ostatni nie miał podobno sił tego zrobić, czego później żałował. Na szczęście jest JetBoil, pierwszy raz z nami w górach, ale przy tej temp. i wietrze jak na nim gotować? Na szczęście to sprytne urządzenie daje sobie radę, można je trzymać jedną ręką i ma się wszystko pod kontrolą. Tak wiec gotujemy trochę wody, żeby się ogrzać i próbujemy przeczekać do rana. Na nieszczęście kumpel oblewa się jeszcze sporo ilością podgrzanego płynu, co momentalnie zamarza. Trudno, nic już nie zrobimy. Po chwili leżenia z cyklicznym uderzaniem o moje żebra przez głowę kumpla, uświadamiam sobie, że w wewnętrznej kieszeni kurtki mam folię NRC. Udaje mi się ją jakoś wydostać i przekazać temu przy "drzwiach". On też, walcząc niemiłosiernie, w końcu jakoś się nią owija, co chroni go przez wiatrem i śniegiem wpadającym do środka przez otwór. Ja powoli zasypiam, budzę się jednak co chwila, głównie z powodu drętwiejących wszystkich części ciała. Nawet stóp nie mogę odwrócić, no nic, jakoś dam radę, w sumie to najważniejsze, że nawet jest mi ciepło. Pewnie, że nie tak komfortowo, jak byłoby w schronisku, ale jednak nie marznę, co uważam za wielkie szczęście i sukces naszej konstrukcji, więc nie narzekając próbuje zasnąć ponownie. Co też się udaje. Widać psycha to ogromna broń. Bo kilku(nastu?) cyklach budzenia i zasypiania, dostrzegam, że na zewnątrz się rozjaśnia. Informuję o tym towarzyszy niedoli, po czym decydujemy się czym prędzej zwijać i zmykać na dół. Wyjście z jamy nie było łatwe, podobnie jak pakowanie resztek rozrzuconego i przysypanego sprzętu, aczkolwiek udało nam się to zrobić w miarę szybko. Warunki niestety niewiele się poprawiły, dalej wiało i sypało, jednak widoczność trochę się zwiększyła, co zmotywowało nas do szukania palików szlaku. Po dłuższej chwili udało się jeden dostrzec, niestety, leżał na śniegu, w większości przysypany. Nic dziwnego, że w nocy nie mogliśmy go znaleźć. Za nim kolejne, również poprzewracane. Na szczęście po ok. godzinie udało się dotrzeć do szlaku zejściowego, a po kilkuset metrach od zejścia z grani, widoczność była już "normalna". Trochę odchudziliśmy nasze ubiory i szczęśliwi zeszliśmy do wsi. Stamtąd najpierw stopem, później autobusem dojechaliśmy do miejsca gdzie zostawiliśmy samochód, skąd wróciliśmy do domów.
      Wycieczka bardzo udana (w końcu żyjemy). Nabyliśmy nowych doświadczeń, jednak zgodnie stwierdziliśmy, że nie chcemy jej szybko powtarzać z takim rodzajem noclegu. Kolejna lekcja pokory. Miło jednak wspominam tamten wyjazd.

 PS: Alkohol nietknięty wrócił z nami do domu.