Tytułem wstępu


Na początku jest najłatwiej
Gdy się w pełni sił i wiary
Byka chwyta się za rogi
Z życiem bierze się za bary

Potem jest niestety trudniej
Siły mniejsze, marna wiara
Już się nie gna tak do przodu
Wciąż się jednak człowiek stara

Jak to dalej będzie nie wiem?
Jestem gdzieś w połowie drogi
Jeszcze chce mi się wędrować
Lecz już trochę bolą nogi

Piotr Gutkowski


poniedziałek, 24 marca 2014

Zima w tym roku niedopisała

   
      
      W tym sezonie, poraz pierwszy od wielu, wielu lat, nie uczestniczyłem w prawdzimy, zimowym biwaku. Co prawda pojechałem na "Zimowy biwak Ganszera" w tzw. Beskidzie Równym, ale śniegu było z 5cm, no i mrozu też nie za wiele. Innych okazji do zimowego biwakowania nie uświadczyłem. Za to udało mi się być kilak razy w Tatrach, na wyjazdach jaskiniowych. Ku mojemu zdziwieniu w naszych najwyższych górach śniegu też nie było, za to skutki halnego z grudnia 2013 roku były (i pewnie jeszcze długo będą), widoczne niemal na każdym kroku. Dziwnie tak rozpoczynać wiosnę, niedoświadczając prawdziej zimy, ale cóż, bywa i tak.
      W ostatnim czasie jednak udało mi się zaliczyć kilka fajnych "imprez", m.in przebiegłem 10km w Panewnickim Biegu Dzika, wraz z Dorotą wziąłem udział w 2 Mikrorajdzie organizowanym w Siemianowicach Śląskich, a także wróciłem do tatrzańskiej turystyki jaskiniowej. Sezon wiosenno-letni zapowiada się bardzo ciekawie, plany ambitne, zobaczymy tylko czy czasu wystarczy. Trzymajcie kciuki!

Kliknij po więcej zdjęć.
Kliknij po więcej zdjęć.
Kliknij po więcej zdjęć.

Kliknij po więcej zdjęć.
Kliknij po więcej zdjęć.




piątek, 1 listopada 2013

uciecby

      "Z miast, bo wszystkie ohydne w taki sam sposób, więcej w nich ludzi niż drzew. Pojechaćby gdzieś do lasów bukowych, przestronnych, gołąbczastych, pójśćby na grzyby. Raz na jakiś czas poczućby pajęczynę na pysku, innym razem strącićby, z włosów jelenicę, poza tym, miło czućby się. Odwiedzićby gospodarstwa wiejskie, biedne, ale serdeczne, częstowaćby się chlebem z pomidorami i zazdrościćby kur, kaczek, krów, gnoju, dźwięków niemechanicznych, a i tym piłowym, silnikowym byćby przychylnym ze względu na ich wiejskość. Usiąśćby sobie, a nawet siednąćby se, pogwarzyć z kim tam, a potem przenieść by się do jeszcze innego gospodarstwa, znaleźć by tam pannę jeszcze niestarą, wypowiedzieć by słowo "wódka" i już pod jabłonką przy stoliczku pić by czystą.
      Albo w inne odludzia pojechać by, pochodzić by pół dnia w błocku, poprzedzierać by się przez kawałek puszczy, pomlaskać by butami w brei spływającej każdą bruzdą, popaść by nawet i w bagniste spychaczówki, przemoknąć by, utytłaćby się.
      A potem dom znaleźćby na końcu świata, poczućby owe zapachy mleczno-łajniane, których mój otępiały węch mieszczucha z nadżerką w śluzówce już nawet nie odróżnia, zadumaćby się: rumianek to czy gnojowica? Zaciągnąćby się zapachniałością wsi, natury, dziecięctwa przebieganego boso po trawach ubżdżonych przez wolne kury.
      A może do siostry wyjechaćby, co to zrujnowany pensjonacik prowadzi, posłuchaćby jej narzekań, bo a to wody zabraknie w studni, a to jest jej za dużo i od deszczu dach przecieka, z sufitu sali bankietowej kapie, na parkiecie kałuże, a ludzie jak gdyby nigdy nic imprezują, bawią się jak na Titanicu. Poczućby tę atmosferę  p o e t y c k i e g o  r o z p a d u,  popatrzećby na pajęczyny, czarne chrząszcze, powyczekiwaćby na cud w tym sanatorium pod klepsydrą. Najlepiej u niej w roztopy, kiedy wszystko spływa: deszcz, błoto, lody i śniegi rozmemłane, wirusy szaleją, i od razu coś zaczyna skrobać w gardziołku, ach, nawet i przeziębićby się tam, u siostry, byle z dala od miasta, byle ducha zregenerować
[...]
      Może do Bukowiny mojej, i chłonąćby co świt z balkoniku inne widoki tych samych gór. Czasem jeno ich zarys we mgle widziećby, czasem wał chmur się przez nie przetaczający, czasem zaś cieki na skałach w słońcu błyszczące w powietrzu tak przejrzystym, że Bielskie zdają się na wyciągnięcie ręki. Wyciągnąćby rękę do tego widoku, w którym dzieciństwo moje jest zapisane i młodość rodziców, popaśćby w rzewność. Zacząćby schodzić polami do potoka, wejśćby do niego, postać, aż woda odbierze czucie w nogach, wpaśćby w nurt wartki, twarzą w kamienie śliskie, dennie chybotliwe"


Wojciech Kuczok: poza światłem
 
foto: własne

środa, 30 października 2013

Człowiek - a śmieci...

      Co jakiś czas wraca do mnie problem śmieci, które zauważam wokół. Nie mówię tutaj tylko o tych leżących na trawnikach, osiedlowych chodnikach, czy przystankach. Szczególnie zaskakuje mnie sprawa tych znajdowanych w trudno dostępnych miejscach. Nie daje mi to spokoju. Wraca, co jakiś czas, zajmuje moją głową i nie pozwala myśleć o niczym innym. W mediach też o tym głośno, ale głównie przy jakichś "świętach" typu Dzień Ziemi czy inne. Pokazują nam wtedy wywiady z przypadkowymi przechodniami, z których oczywiście każdy się oburza, że w miastach czy poza nimi tak brudno i w ogóle. Że nikt nic z tym nie robi, że przecież podatki, służby, wychowanie ekologiczne i inne, że dlaczego, po co i jak tak w ogóle można. Wsłuchując się w te wszystkie wypowiedzi, można odnieść wrażenie, że na Ziemie już dawno przyleciała obca cywilizacja, jednak nie po to, aby się z nami zaprzyjaźnić. Ba! Nawet nie po to aby toczyć z nami wojny o cenne surowce czy pożywienie. Cywilizacja ta pojawia się cyklicznie, bezszelestnie, niewidocznie i w jakiś sobie tylko znany sposób, rozrzuca po całym terenie naszego globu swoje śmieci. W dodatku łudząco przypominają one te produkowane na naszej planecie, co tylko świadczy o tym, jak owi "Obcy" są wyrafinowani. No bo skoro zdecydowana większość ludzi, oburza się na widok odpadów wyrzucanych na nasze podwórka, ulice, parki, łąki, pola czy lasy, to przecież nie są oni hipokrytami i potajemnie nie zaśmiecają swojej okolicy gdy nikt nie patrzy. Tak. To musi być obca cywilizacja - bez dwóch zdań! Nad obcymi nie mamy władzy, żadnej. Bo przecież ziemskie prawa ich nie obowiązują, a poza tym ich technologia "bycia niewidocznym", nie pozwala nam na reakcje przed czasem. Pozostaje więc tylko walka z tym, co oni po sobie zostawiają. Ale cofnijmy się trochę w czasie...

      Kilka lat temu gdy jeszcze o akcjach sprzątania górskich szlaków mało kto myślał, a przynajmniej głośno o tym nie mówił, postanowiłem założyć stronkę, która miała na celu promowanie ich sprzątania. Wtedy, gdy intensywnie chodziłem po górach, zauważyłem, jak wielki problem stanowią śmieci na szlaku. Moje oburzenie było tak wielkie, że nie tylko znosiłem w doliny swoje odpadki, ale starałem się również za każdym razem zabrać co nieco z tego, co ktoś inny zostawił. Siłą rzeczy moim współtowarzysze wspierali mnie i nieraz nieśli ciężki wór odpadków przytroczony do plecaka. Stronka którą wtedy założyłem do dzisiaj wisi w czeluściach internetu, niestety po jakimś czasie zapomniałem login i hasła dostępu, a dostawca poczty internetowej na adres której przychodzi przypomnienie danych logowania, też już zakończył swoją działalność. Jednak zawsze gdzieś tam w środku chciałem ten projekt reaktywować. W tzw. międzyczasie powstało wiele tego typu stron i akcji, a świadomość ekologiczna turystów znacznie wzrosła. Ja po górach zacząłem chodzić znacznie rzadziej, za to częściej odwiedzałem Jurę i jaskinie na jej terenie. A tam sprawa śmieci wyglądała jeszcze gorzej, w dodatku mało było osób (choć nie mówię, że zero), który by interesowały się czystością tego rejonu naszego kraju.
   
     Pewnego dnia, na spotkaniu w KKSie, rozmawiając o wyjazdach i imprezach integracyjnych, moja druga połowa wpadła na pomysł zorganizowania akcji sprzątania Jury. Po krótkim zastanowieniu zrozumiałem, że to ma sens. I tak powstał projekt pod nazwą "Czysta Jura".



W tym roku odbyła się już druga edycja akcji i mam wielką nadzieję, że zagości ona w programie ekologicznych imprez na lata. Szczegóły znajdziecie zawsze pod adresem: http://czystajura.blogspot.com/


sobota, 7 lipca 2012

Wyjazd urodzinowy

kapliczka na wodzie
foto: własne
      Co roku  z okazji moich urodzin, organizuję niewielką imprezę wyjazdową. Pierwszy raz odbyła się ona w Beskidzie Małym u Staszka na Gibasach, a następne już zawsze na Jurze z noclegiem w Mirowie. W tym roku postanowiłem zmienić lokalizację, nie jakoś drastycznie, bo na Dolinki Podkrakowskie, ale jednak. Wyjazd rozpoczęliśmy od wspólnego posiłku w Olkuszu. Stamtąd 3 samochodami pojechaliśmy w stronę Pieskowej Skały. Przejazd Doliną Prądnika nawet z samochodu dostarcza niezłych wrażeń dla oka. Dlatego spokojnie podążaliśmy drogą w kierunku Ojcowa. Miejscowość ta o tej porze roku jest pełna turystów, ale trudno, jakoś trzeba to było przeboleć. Samochody zostawiliśmy w okolicach Kapliczki na Wodzie, dzięki temu zaoszczędziliśmy na parkingu, który tutaj zawsze w sezonie jest płatny. Poza tym kapliczka to atrakcja sama w sobie. Po obfotografowaniu jej, spacerkiem udaliśmy się w dół doliny. Mijając przepiękne ostańce wapienne dotarliśmy spacerkiem do Bramy Krakowskiej.  Po zaczerpnięciu ze Źródła Miłości, spokojnie pomaszerowaliśmy w górę, w stronę Jaskini Łokietka. Jest to grota turystyczna, jak pewnie wszyscy wiedzą, jednak przyznam, że ostatni raz byłem w niej w szkole podstawowej, gdy jeszcze mało rozumiałem zjawiska krasowe, więc i niewiele pamiętam z tamtego wypadu. Tym razem chciałem posłuchać przewodnika i z większą świadomością zobaczyć co i jak. Udało nam się trafić na bardzo miłego Pana, a poza tym nasza grupa nie była zbyt liczna. Spokojnym krokiem zwiedziliśmy cała jaskinię. Może nie jest ona jakoś szczególnie bogata w szatę naciekową, jednak polecam ją każdemu, kto rozpoczyna swoją wędrówkę po świecie podziemi.
foto: własne
      Po zwiedzeniu jaskini, jak i samej doliny, postanowiliśmy się posilić w Piwnicy pod Nietoperzem. Karczma ta zazwyczaj jest pełna, ale na Pstrąga a' la Nietoperz warto poczekać. Generalnie jedzenie jest tutaj bardzo dobre, ale akurat ta pozycja jest wg. mnie (i nie tylko), wyśmienita. Polecam każdemu. Po posiłku udaliśmy się w kierunku kolejnej turystycznej groty, a mianowicie Jaskini Nietoperzowej. Atrakcja ta leży w gminie Jerzmanowice-Przeginia, w górnej części Doliny Będkowskiej. Jest ona dobrze znana archeologom, gdyż to właśnie tutaj znaleziono ponad 4000 kłów niedźwiedzi, które zostały tam sprowadzone przez Homo Sapiens, który przed 38 000 lat polował na te drapieżniki. W trakcie wykopalisk natrafiono tam również na fragmenty glinianych naczyń , narzędzi kamiennych i krzemiennych oraz kości pozostawionych przez ludzi, którzy zamieszkiwali jaskinię w następnych epokach. Poza prehistoryczną przeszłością jaskini, ciekawa jest również jej historia najnowsza, gdyż to właśnie tutaj nakręcono sceny do filmu "Legenda o Świętym Mikołaju" w 1995 roku oraz do "Ogniem i Mieczem" w roku 1997.
foto: własne
      Z jaskini udaliśmy się prosto na miejsce biwakowe. Pole namiotowe obok schroniska Brandysówka, to bardzo popularne miejsce wśród wspinaczy i nie tylko ich. Okolica przepiękna, dojazd bezproblemowy, a przy tym cisza i względny spokój dodają temu miejscu sporo atrakcji. Dodatkowo skała Sokolica z najdłuższymi na Jurze drogami wspinaczkowymi oraz liczne jaskinie powodują, że nie sposób się tutaj nudzić.  Wieczorem pozostało już tylko ognisko i impreza przy nim, która była bardzo udana. Swojskie wyroby skusiły wielu, co niestety skutkowało nieraz problemami motorycznymi., aczkolwiek nikt nie narzekał. Tego dnia też nasza reprezentacja ostatecznie pożegnała się z Mistrzostwami Europy w Piłce Nożnej przegrywając z Czechami 1:0. Nazajutrz postanowiliśmy odwiedzić jaskinię Małotową. Jaskinia ta powiększyła się od naszej ostatniej wizyty tutaj. Głównie z powodu wykopania piasku, który w niektórych korytarzach zalega aż po strop. Zwiedzanie nie nastręcza trudności, aczkolwiek obowiązkowo należy zapatrzyć się w liny i sprzęt zjazdowy, gdyż do pokonania są dwie kilkumetrowe studzienki. Następnie udaliśmy się do źródła Będkówki, gdzie trochę się ochłodziliśmy. Odwiedziliśmy jeszcze skałę od dumnej nazwie Dupa Słonia, znajdującą się w bocznej odnodze doliny. W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o zalany kamieniołom w Trzebini, tzw. Balaton, gdzie zażyliśmy odświeżającej kąpieli, stamtąd rozjechaliśmy się do domów.
      Wyjazd jak co roku udany, pogoda dopisała, ekipa również, Jura jak zwykle pokazała nam sporo atrakcji. Dzięki wszystkim za przybycie i miłe towarzystwo, na przyszły rok szykuję coś specjalnego :)




   

wtorek, 3 lipca 2012

Długi weekend bożociałowy

 
foto: Adrian Stanik
      Jak pisałem dwa posty temu, w Polsce jest ok, przynajmniej jeśli chodzi o tak zwane długie weekendy. Nieodlegle od tego majowego leży kolejny, bożociałowy. Od paru już lat wykorzystuję go na wyjazdy rowerowe i przyznam, że zawsze do tej pory pogoda, jak i sama wycieczka, bardzo się udawały. Nie inaczej było w tym roku. Zazwyczaj na wyjazd w tym terminie wybieram Jurę Krakowsko-Wieluńską, wiecie już, jak bardzo lubię tę cześć kraju, a na rowerowe wycieczki pasuję ona również idealnie, no i leży na tyle blisko mojego miejsca zamieszkania, że do tej pory wyjazdy te rozpoczynałem wprost z domu, nie korzystając z żadnych środków lokomocji. W tym roku było jednak troszkę inaczej. Jako cel naszej wycieczki obraliśmy sobie Rowerowy Szlak Orlich Gniazd, czyli ten który zaczyna się w Krakowie, a kończy w Częstochowie. Od razu było pewne, że musimy skorzystać z pomocy PKP, ale to przecież nie problem. Wyjechaliśmy we czwórkę w czwartek wieczorem. Rowerami do Katowic, następnie pociągiem w kierunku Krakowa. Na stacji Kraków Mydlniki byliśmy ok 18:30. Tego dnia dojechaliśmy na przepiękny punkt widokowy pomiędzy Brzoskiwnią, a Kamykiem. Tam też rozbiliśmy swoje namioty. Początek był wprost wymarzony. Piękna, ale nie upalna pogoda, wspaniałe miejsce noclegowe, no i pozytywne nastawienie na dalszą część wycieczki. Noc spędzona przy ognisku oraz cytrynówce własnej roboty pozwoliła nam się zrelaksować, na szczęście pobudka drugiego dnia nie było zbyt mecząca. Pozbierać nasze graty udało nam się w ostatniej chwili przed wjazdem właściciela łąki na której się rozbiliśmy, a wjechał nie byle czym, bo traktorem z podpiętą kosiarką szerokości dwóch metrów. Dobrze, że nie pospaliśmy dłużej.
foto: własne
Dalej nasza trasa biegła w kierunku Zamku Tenczyn w Rudnie, niestety, z powodu remontu nie wpuszczono nas do środka. Podążyliśmy więc w kierunku Krzeszowic, tam odwiedziliśmy park i znajdujący się w nim Pałac Potockich, zwrócony rodzinie w 2008 roku. Szkoda jednak, że nadal niszczeje. Z Krzeszowic popędziliśmy w kierunku Olkusza, szlak prowadzi drogami przez Paczółtowice, Racławice i Zawadę. Przepiękne miejscowości. Droga wiją się krętymi dolinami, to znów wyprowadzają na szczyty okolicznych wzgórz, stąd też nie brakuje ostrych podjazdów, ale i stromych zjazdów. Następnie dojechaliśmy do Olkusza, w którym również warto się posilić. My wybraliśmy tym razem coś szybkiego i niezdrowego, czyli fastfood. Wcisnęliśmy w siebie parę bułek z mięsem, a do tego rozmiękczone w kubku lody i pognaliśmy dalej, w kierunku Rabsztyna. W zamku tym byliśmy już parę razy, dlatego też zrobiliśmy mu tylko zdjęcie z trasy i popędziliśmy w kierunku Kluczy. Tam zboczyliśmy trochę ze szlaku, który prowadzi polnymi piaszczystymi drogami i wybraliśmy równolegle biegnącą  asfaltową trasę przez Bogucin Duży. W mijanych po drodze wiejskich sklepach widać już było, że zbliża się mecz otwarcia ME2012. Lokalni kibice mają jednak swoje zawody:, kto więcej wypije i jeszcze będzie siedzieć. Patrząc na nich, zastanawiałem się, czy dotrwają do meczu Polska - Grecja. My na szczęście dotarliśmy na czas do Jaroszowca. Tam dołączyła do nas kolejna osoba, która została nami już do końca. Po szybkich zakupach w pobliskim sklepie, zaczepił nas lokalny kibic, któremu skończyły się środki uspokajające już w pierwszej połowie i właśnie wykorzystuje przerwę w meczu, aby uzupełnić zapasy. Miły Pan był już trochę zmęczony i miał problem z wejściem na rower, którym przyjechał, za to bardzo jasno wytłumaczył nam gdzie w okolicy najlepiej jest rozbić namiot. Tutaj należą mu się podziękowania, gdyż wskazał nam idealne miejsce. Biała Przemsza na tej wysokości swojego biegu jest bardzo czysta, więc kąpiel w niej nie grozi konsekwencjami zdrowotnymi, dlatego też polecam nocować gdzieś w jej pobliżu, bo po upalnym dniu, wejście do zimnej rzeki jest bardzo miłym doświadczeniem.
foto: własne
      Ranek trzeciego dnia był upalny, ale nasze moralne utrzymywało się na wysokim poziomie, wieczorna kąpiel dnia poprzedniego, bardzo w tym pomogła. W trakcie śniadania, dołączyła do nas jeszcze jedna osoba, więc byliśmy już w pełnym składzie i mogliśmy ruszyć dalej. Na pierwszy ogień padł Zamek w Bydlinie, ładnie zachowane ruiny, dodatkowo zabezpieczono zaprawą murarską, przed dalszym niszczeniem. W okolicy zamku zwiedziliśmy również cmentarz parafialny. Dalej podążyliśmy w kierunku Smolenia. Ta część szlaku biegnie przez las, dosyć mocno zarośniętymi ścieżkami, z tego też powodu nasze tempo dosyć spadło. Po ok. dwudziestu kilometrach dotarliśmy do skały Biśnik. Ciekawe to miejsce, szczególnie dla grotołazów, gdyż mieszczą się tutaj dwie fajne jaskinie, Psia - ciekawa ze względu na nacieki i kropielnice oraz Jaskinia na Biśniku, interesująca ze względu na znaleziska archeologiczne. Nam udaje się zwiedzić tę pierwszą. Następnie Doliną Wodącą udaliśmy się w kierunku zamku w Smoleniu. Część z nas zwiedza zamek, pozostali czekają na tamtych. Tego też dnia pierwszy podczas naszej wycieczki zaczął padać deszcz. Na szczęście udało nam się znaleźć miejsce w Stodole w Podzamczu. Tam też, czekając na obiad, wysuszyliśmy ubrania i rowery. Zamku w Podzamczu nie zwiedzaliśmy, każdy z nas był już tam kilka razy, a poza tym środek długiego weekendu obfitował w całe rzesze turystów.
     Tego dnia zmieniliśmy nieco plany i zamiast dalej jechać szlakiem, przez Okiennik, Morsko i Podlesice, postanowiliśmy dojechać nim jedynie do trasy 78, a dalej już asfaltem do Kroczyc, a stamtąd do Kostkowic. Zmiany te podyktowane były głównie chęcią odwiedzenia znajomego na działce. Poza tym trzeba było zrobić zapasy, a sklep w Kroczycach
foto: Adrian Stanik
wydawał nam się do tego najlepszy. Plan ten zrealizowaliśmy bardzo szybko i już przed 19 byliśmy na miejscu. Skoczyliśmy jeszcze na lekko nad zalew, aby ochłodzić się i zmyć z siebie warstwę potu i kurzu. Niewiele osób pływało tego dnia, ale nam to nie robiło żadnej różnicy. Orzeźwieni, ale jednak śmierdzący (zapach potu zamieniliśmy na zapach mułu), wróciliśmy na działkę, gdzie w towarzystwie paru zaproszonych gości urządziliśmy fajną imprezę przy ognisku z najprawdziwszą sauną (dzięki Saper!).
      Następnego dnia było już pewne, że raczej nie dojedziemy do samej Częstochowy, ale przyznać muszę, że nigdy na to nie liczyłem. Celem został więc Olsztyn. Wyruszyliśmy nieco późno, bo ok. 11. To był błąd, ale jakoś nie dało się wcześniej. Trasa przez Zdów, Bobolice i Mirów była ok. Sporo ludzi pod zamkami, ale tego się można było spodziewać. Najciekawsze jednak było dopiero przed nami. Po krótkiej przerwie w Mirowie, pojechaliśmy w kierunku Lutowca, szlak biegnie przez Niegową, ale nie widzieliśmy sensu aby tak krążyć, tym bardziej, że dalej zahacza o Moczydła i kieruje się w stronę Zawady. Do Moczydeł dojechaliśmy ubitą, szutrową drogą (nota bene też szlak rowerowy, ale bodajże niebieski).
foto: Adrian Stanik
Tutaj wjechaliśmy na nasz właściwy szlak koloru czerwonego i skierowaliśmy się na zachód. Był to najgorszy odcinek od początku wycieczki, po kilkuset metrach wjechaliśmy w łachy piachu, w sumie to nic dziwnego, nie raz takie spotykaliśmy na swojej drodze, różnica jednak była taka, że na tym odcinku piasek nigdy się nie kończył i był dosyć głęboki. W sumie przez całą drogę do Przewodziszowic prowadziliśmy rowery, przez co znacznie straciliśmy na czasie.  Nie wiem kto wytyczył tędy szlak rowerowy, ale szczerze odradzam nim jechać. Dzięki temu doświadczeniu postanawiamy, że skrócimy sobie drogę przez pola, aby czym prędzej wyjechać na drogę 793. To była dobra decyzja, bo dosyć szybko udało nam się dotrzeć do Ostrężnika, gdzie posilamy się pysznymi pstrągami. Niestety, w momencie gdy mamy się zbierać rozpoczyna się straszna ulewa. Przez nią tracimy kolejne dobre pół godziny. Gdy wyruszamy, wiemy już, że nie dojedziemy tego dnia do Olsztyna, bo wtedy w domu bylibyśmy bardzo późno, postanawiamy więc kierować się w stronę Poraja. Tutaj znowu wątpliwa atrakcja, zielony szlak rowerowy z Ostrężnika do Suliszowic również nie nadaje się zbytnio do jazdy, no może rowerem bez sakw, ale i wtedy jest to spora walka. Na szczęście do Poraja przybywamy na pół godziny przed odjazdem pociągu, więc spokojnie zdążamy kupić bilety i coś na drogę.
foto: Adrian Stanik
    Wyjazd można zaliczyć do udanych, co prawda nie zrealizowaliśmy całości planów, ale od samego początku było to wątpliwe, gdyż postawiliśmy głównie na dobrą zabawę, a nie wyczyn. Czerwony Rowerowy Szlak Orlich Gniazd to bardzo dobra propozycja dla wszystkich którzy Jury nie znają i chcą ją zwiedzić niemal kompleksowo, trzeba jedna dodać, że w wielu miejscach jego przebieg jest wprost idiotyczny, przez co znacznie spada morale i siły. Na szczęście zawsze można wskoczyć na asfalt i wybrać mniej wymagający wariant,  szczerze to polecam pojechać tym szlakiem, ale chyba tylko raz, później już stosować swoje warianty.


PS: Dziękuje wszystkim, którzy wybrali się ze mną na tę wycieczkę, szczególnie mojej Ukochanej Dorocie, za pomysł i pomoc w realizacji.
PPS: Więcej zdjęć znajdziecie w galerii Adriana Stanika.

wtorek, 12 czerwca 2012

Długi weekend majowy po raz drugi



foto: własne
      Uff. Pierwszą część weekendu majowego opisałem z poprzednim poście, było tego trochę, druga część była już mniej urozmaicona, ale wcale nie mniej ciekawa. Ale zacznijmy od początku. Kto zna Słowację, nawet tylko z perspektywy okien samochodu, ten wie, że kraj ten jest krajem górzystym. Może nie tak górzystym jak np. Austria, ale jednak gór im nie brakuje. To, że mają większą część Tatr, to raczej pamiętamy jeszcze z podstawówki, to że muszą mieć i sporo Beskidów, to też da się przypomnieć, chociażby dlatego, iż znaczna część naszej wspólnej granicy prowadzi właśnie grzbietem tego pasma, ale to, że poza tymi granicznymi pasmami jest tam jeszcze kilka dosyć rozległych i bardzo
foto: własne
urozmaiconych, to już mniej znana wiedza. Oczywiście nie mam zamiaru odkrywać tutaj powtórnie Ameryki, gdyż Polacy już dawno opanowali tereny gór słowackich, szczególnie wtedy gdy u nas są długie weekendy, a jedynie podzielić się moimi doświadczeniami z tamtych rejonów. W tym roku w drugiej części majowego długiego weekendu postanowiliśmy pojechać w Fatrę i to tę Wielką. Pasmo to jest chyba moim ulubionym, gdyż (stosunkowo), mało tam turystów, a i baza schroniskowa jest mizerna. Dla mnie to plus. Wielka Fatra co prawda jest parkiem narodowym, wiec celowo nie można się tam rozbijać, aczkolwiek nocować można tam w bezobsługowych bacówkach, które jednak trzeba umieć znaleźć, gdyż nie zawsze widać je ze szlaku. Namiot można rozbić jedynie w sytuacji awaryjnej i w dodatku należy go zwinąć skoro świt. Dodam tylko, że Wielka Fatra, a szczególnie jej część zwana Martińskimi Holami obfituje w niedźwiedzie, więc tym bardziej należy przestrzegać regulaminowego zakazu biwakowania w terenie. Góry te są bardzo urozmaicone, gdyż idąc, nawet w ciągu jednego dnia, spotykamy bujne lasy sosnowo-świerkowe, to znowu buczynowe, dalej przechodzimy wzdłuż wapiennych skał, nieraz stromo obrywających się spod nóg, to znowu maszerujemy rozległymi połoninami, bliźniaczo przypominającymi nasze Bieszczady, podejścia nieraz bardzo strome, wypłaszczają się nagle na grzbietach nieraz przypominając nasze Tatry Zachodnie. Należy pamiętać także, że góry te są w wielu miejscach bardzo lawiniaste, a zimą chodzi nimi niewielu turystów, co w połączeniu z ubogą infrastrukturą schroniskową może doprowadzić do tragedii. Śnieg spotyka się tam nawet do końca maja i mimo ciepłych dni, noce bywają zimne. To tyle w kwestii wprowadzenia, w końcu nie mam zamiaru robić za przewodnika.
foto: własne
   W tym roku, podobnie zresztą jak w zeszłym wybraliśmy ssza cel rejon pomiędzy takimi szczytami jak Krížna, Ploska, Borišov i Rakytov, obszar ten jest jednym z najczęściej odwiedzanych, głównie dzięki schronisku Chata pod Borišovom, aczkolwiek tam popularność to promil tego, co można zobaczyć w naszych górach, szczególnie podczas długich weekendów. My naszą wędrówką rozpoczęliśmy od miejscowości Wysna Revuca i również w niej skończyliśmy, jednak musieliśmy przejść asfaltem ze Strednej Revucy, gdyż tam bezpośrednio dochodził nasz szlak zejściowy. Pogoda początkowo iście letnia, słońce w zenicie, czyste niebo i zero wiatru. Zapowiadał się super dzień, jednak z powodu upału - dosyć ciężki. Pogoda jednak ma to do siebie, że lubi się zmieniać, a będąc w głębokiej dolinie, z powodu tego, iż widzimy niewielki skrawek nieba, zmienia się błyskawicznie, przynajmniej z naszej perspektywy. Tak też mieliśmy i tym razem.  Podchodząc szlakiem (zielonym) na Rybowske Siedlo gdzieś w 3/4 drogi usłyszeliśmy pierwsze grzmoty, a zaraz później zobaczyliśmy błyskawice, udało nam się schronić najpierw pod folią zerwaną przez wiatr z pobliskiej zagrody dla owiec, a następnie w samej zagrodzie, która mimo iż bez ścian, na szczęście posiadała dach i to dosyć szczelny. Burza była intensywna, ale jak to z nimi bywa, dosyć krótka. Przez moment byliśmy w jej centrum i dziękowaliśmy sobie nawzajem, że zdecydowaliśmy się przeczekać zamiast wchodzić na Križną, której nadajnik na szczycie robi za doskonały piorunochron. Po burzy udaliśmy się na szczyt, stamtąd widoki były już cudowne, widać było gdzie leje, gdzie jest burza, a gdzie słońce oświetla grzbiety gór. Horyzont po burzy ma to do siebie, że jest bardzo urozmaicony, co dodaje mu sporo uroku. Tak też było tym razem. Nie speszyliśmy się zbytnio, gdyż tego dnia mieliśmy w planach dojść tylko pod Suchy Wierch do znajdującego się tam szałasu, gdzie planowaliśmy przenocować. Szlak z Križnej przez Frčkov i Ostredok należy do bardzo widokowych odcinków, dlatego też nie ma sensu go przebiegać. Delektowaliśmy się więc widokami malowniczych krajobrazów i spacerkiem kierowaliśmy się w stronę noclegu. W szałasie jak to w szałasie, zrobiliśmy małą imprezę i ognisko, ale tylko w wyznaczonym do tego miejscu. W dodatku trochę posprzątaliśmy, jednak tam potrzeba by sporej ciężarówki, aby zwieść wszystko w dolinę, tyle tego nazbierało się przez lata. Gdyby tak każdy zabierał tylko swoje śmieci... Ach! Można tylko pomarzyć. Następnego dnia pogoda była średnia, co prawda nie lało, ale było chłodno i dosyć pochmurnie, tego dnia przez Polskę podobno przechodziły spore ulewy łącznie z gradobiciem, więc mimo wszystko nie było czego żałować. Na szczęście pogoda wytrzymała, udało nam się suchymi dojść do schroniska pod Borišovem, tam pozwoliliśmy sobie na dłuższy odpoczynek, piwo i lokalne potrawy dopełniły szczęścia, w dodatku pogoda się poprawiła, więc i moralne wzrosło. To dobrze, bo przez
chwilę zastanawialiśmy się, czy nie schodzić w dolinę i
foto: własne
wracać do domu. Na szczęście odsunęliśmy te wstrętne myśli i po ponad 2 godzinach odpoczynku ruszyliśmy w stronę Ploskiej. Ploska to wielki szczyt i (jak sama nazwa wskazuje), dosyć płaski,  ale za to niezwykle urokliwy. Stamtąd ruszyliśmy w kierunku Čiernego Kamenia, niestety szczyt ten jest ścisłym rezerwatem i szlak prowadzi jedynie jego północno-zachodnim trawersem. Dochodząc na przełęcz mijamy po drodze niewielki potok, idealne miejsce na uzupełnienie wody, co szczerze polecam każdemu, szczególnie jeżeli planuje iść dalej w stronę Rakytova. My z racji tego iż siodło to jest dosyć połogie, a i wieczór już się zbliżał, postanowiliśmy w tym miejscu zabiwakować. Przypomnę tylko, że jest to dozwolone tylko w szczególnych przypadkach i nie namawiam do łamania regulaminów parku. Z naszej strony zrobiliśmy wszystko, aby po naszym biwaku nie było śladu i mam nadzieję, że nam się to udało. Nazajutrz postanowiliśmy jeszcze na lekko wejść na Rakytov, zostawiliśmy depozyt w lesie i w przepięknej pogodzie pognaliśmy na szczyt, mijając po drodze Minčoł. Szczyt Rakytova jest jednym z tych szczególnie godnych polecenia, widoki przepiękne no i udało nam się być tam samym, gdyż tego dnia nikogo nie spotkaliśmy na szlaku. Wracając na przełęcz było co podziwiać, głębokie doliny Wielkiej Fatry mienią się tysiącami odcieni zieleni, a niezbyt odległe szczyty kolejnych pasm górskich, umacniają nas w przekonaniu, że znajdujemy się w jakiś odludnym górskim rejonie, a to przecież tak bliska nam Słowacja.

PS: Poniżej przedstawiam altigram naszej trasy, oraz link do mapy i śladu po jakim się poruszaliśmy.


PPS: A więcej zdjęć znajdziecie tutaj.

piątek, 18 maja 2012

Długi weekend majowy po raz pierwszy!

foto: własne
      W Polsce jest fajnie. Co prawda nie pod każdym względem i nie dla każdego, ale dla osób które lubią podróżować, wyjeżdżać poza miasto lub po prostu pobyczyć się na ogródku - jest fajnie. Przynajmniej ja tak uważam. Powodów jest sporo, nie będę ich tu wszystkich wymieniał, podam tylko jeden - długie weekendy. Mamy ich w roku kilka, co daje całkiem sporo możliwości na realizację swoich pasji, nie uszczuplając za bardzo ilości płatnych dni urlopu. No bo  "Długi Weekend Trzech Króli", "Długi Weekend Majowy", "Długi Weekend Bożociałowy", a nawet "Długi Weekend na Wszystkich Świętych", to dla wielu doskonała okazja aby uciec jak najdalej od miejsca stałego pobytu.
foto: własne
      W tym roku jest wyjątkowo dobrze, o ile "Długi Weekend Bożociałowy" zawsze trwa 4 dni, tak ten w maju, akurat teraz ma dni wolnych aż 9. Co prawda nie do końca, bo przecież trzeba wziąć 3 dni urlopu no i nie każdy może sobie na to pozwolić. Ale ja akurat mogę. I to chyba ostatni raz, więc tym bardziej postanowiłem z tej możliwości skorzystać. Z racji tego iż 9 dni to za dużo, aby "przesiedzieć" w jednym rejonie, postanowiłem podzielić tak długi czas wolny na dwa etapy. Na miejsce pierwszego wybrałem Jurę Krakowsko-Wieluńską. To fajne miejsce, w sumie to chyba moje ulubione i mimo iż bywam tam bardzo często nadal mi się nie nudzi, poza tym jest sporo okolic gdzie mnie jeszcze nie było, więc jest co robić na wiele lat. Lubię tam wracać, nawet w miejsca dobrze znane. W każdym przypadku Jura jest ok. W tym roku postanowiłem zaliczyć kilka jurajskich imprez i jeszcze zrobić coś nowego. I muszę przyznać, że się udało. Ale po kolei.
       Ostrężnik to niewielka osada, administracyjnie jest przysiółkiem Trzebniowa, ale z racji tego, iż do tego ostatniego samochodem trzeba jechać na około, bardziej kojarzony jest ze Złotym Potokiem. Nie wiem czy to dobrze, czy nie, w każdym razie ten rejon jest jednym z moich ulubionych w tej części Jury. Teren pomiędzy Złotym Potokiem, a Żarkami obfituje w sporo atrakcji turystycznych, na szczęście niedzielni turyści znają tylko te najbardziej rozreklamowane, jak Rezerwat Parkowe, czy Źródła Zygmunta i Elżbiety. Ja za to lubuję się w innych, ulubionym miejscem jest wzgórze o niewiele mówiącej nazwie Jelnica. Jeśli dodam, że to na nim znajduje się jaskinia Wiercica, a zaraz obok Wierna, to już niektórym nieco rozjaśni się w głowie. W każdym razie to w tym miejscu, co roku odbywa się kilka imprez speleologicznych, podczas których obie wymienione wcześniej jaskinie są udostępnianie wszystkim śmiałkom, którzy nie boją się schodzić pod ziemię. Tak się akurat złożyło, że Biwak Pod Wiercicą, bo tak się nazywa jedna z imprez,
foto: własne
w tym roku odbył się w dniach 28-29 kwietnia, co można było śmiało podciągnąć pod długi weekend. Była wiec to obowiązkowa impreza do zaliczenia, z czym też nie było żadnych problemów. Na miejsce przybyłem wraz z ekipą w sobotę popołudniu, dzień wcześniej spędzając na otwarciu majówki KKSu w Piasecznie, gdzie planowaliśmy jeszcze wrócić. Sobotni wieczór spędziłem na odwiedzeniu wraz z kursantami jaskini Wiercicy, w planach była jeszcze Wierna, ale z powodu zatoru na wejściu, byliśmy zmuszeni z niej zrezygnować, przynajmniej tego dnia. Osobiście zbytnio nie żałowałem, tym bardziej, że chciałem się już rozgościć przy ognisku, ale kursantów to mi trochę szkoda, w końcu to kawał świetnej jaskini, w dodatku na co dzień zamkniętej, ale my tam jeszcze wrócimy! Wieczorne ognisko i impreza integracyjna były świetne. Jak zwykle ekipa dopisała, SpeleoMyszków stanął na wysokości zadania tak, że nawet pogodę mieli załatwioną. Po prostu bomba. Nazajutrz udałem się jeszcze do Wiernej, ale tym razem w niewielkiej, 6-osobowej grupie (część to kursanci z TKTJ). W jaskini było niemal pusto, ekipa sprawna, wiec postanowiłem zrealizować kolejny z planów - odwiedzić te partie jaskini, w których jeszcze nie byłem. Przyznam, że zabawa była świetna i warto było się w nią pchać. Niestety musieliśmy wyjść na powierzchnię do 13, dlatego jest jeszcze kilka miejsc, których nie zobaczyliśmy, ale to dobrze, będzie po co wracać. Po tak udanym zwiedzaniu na cel wzięliśmy sobie nową jaskinie. Nową dla nas, gdyż ogólnie znana jest od kilkudziesięciu lat, a chodzi o Trzebniowską. Jaskinia mimo, iż ma gigantyczny otwór (jak na jaskinie jurajską), to jej odnalezienie graniczy z cudem. Mimo namiarów GPS i wsparcia w postaci lokalsów, udało nam się zlokalizować otwór dopiero po prawie 2 godzinach szukania i to w momencie, w którym nasze wsparcie poszło po wsparcie kolejne, gdyż sami nie mogli wiele zdziałać. Jaskinia jest ładna, a dzięki temu, że mało kto się tam zapuszcza, jest jeszcze co oglądać. Fajnie. Po tym sukcesie pozostało nam już tylko wrócić na majówkę do Piaseczna i zrelaksować się przy zimnym piwku, co też niezwłocznie uczyniliśmy. Tutaj przyda się mała dygresja, mianowicie majówka organizowana przez nasz klub w Piasecznie na jednej
foto: własne
z leśnych polan ma już chyba z kilkadziesiąt lat tradycji. Ja nigdy wcześniej w niej nie uczestniczyłem, gdyż szkoda mi było majowego weekendu, aby pojechać w miejsce, w które mam godzinę drogi i gdzie mogę pojechać w każdy inny weekend. Zazwyczaj wybierałem więc wyjazdy w odleglejsze i bardziej górski rejony. Ale tym razem, ze względu na ilość wolnego czasu, udało się pogodzić obie atrakcje.
      Tak więc KKSowa impreza majówkowa została przez mnie zaliczona i przyznam, iż nie żałuję ani jednej chwili tam spędzonej, w dodatku w tym samym czasie i miejscu swoją bazę mieli nasi kursanci, więc mogłem też co nieco pomóc w obsłudze kursu, a i sam też sporo sobie poprzypominać, jak też nauczyć kilku nowych rzeczy. Więc był i Okiennik Wielki, była jaskinia Wielkanocna, było autoratownictwo w Morsku (w tym akurat nie wziąłem czynnego udziału ze względu na lenistwo), jak też sporo atrakcji ogniskowo-imprezowych. Ludzie dopisali, imprezy się udały, pogoda dała radę, więc integracja zakończyła się wielkim sukcesem. Oby za rok też było mi dane bawić się w tak doborowym towarzystwie. Pierwsza część Długiego Weekendu Majowego udana i zakończona mega pozytywnie.