Tytułem wstępu


Na początku jest najłatwiej
Gdy się w pełni sił i wiary
Byka chwyta się za rogi
Z życiem bierze się za bary

Potem jest niestety trudniej
Siły mniejsze, marna wiara
Już się nie gna tak do przodu
Wciąż się jednak człowiek stara

Jak to dalej będzie nie wiem?
Jestem gdzieś w połowie drogi
Jeszcze chce mi się wędrować
Lecz już trochę bolą nogi

Piotr Gutkowski


poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Góry Kaczawskie


foto: własne

            Góry Kaczawskie. Czy ktoś w ogóle wie, gdzie one się znajdują? Ja na szczęście już tak, ale muszę przyznać, że dopiero od niedawna. Ale zacznijmy od początku. Jakiś czas temu, na jednym z for o tematyce górskiej, powstał plan wyjazdu w te oto góry, a że organizacją tych zlotów często zajmuję się ja, nie pozostało mi nic innego, jak tylko dowiedzieć się o nich co nieco i postarać się znaleźć ciekawe miejsce na bazę wyjazdu. Na początku muszę poinformować, iż nie było to łatwe. Górki jak się okazało są niewysokie. Najwyższy szczyt (Skopiec), ma 724 m n.p.m. co powoduje, iż na samym grzbiecie brak jakichkolwiek schronisk. Trzeba więc szukać po okolicznych miejscowościach. A to wbrew pozorom nie takie proste. Trudno znaleźć coś, co spełni nasze oczekiwania, bo grupa ok. 20 osób, imprezująca przez 3 dni, w dodatku głośno śpiewając do jednak znaczna uciążliwość dla otoczenia. Poza tym większość gospodarstw agroturystycznych nawet nie posiada tylu miejsc noclegowych, a poza tym warunki jak dla nas, zbyt sterylne. Na szczęście udało mi się odnaleźć coś, co nazywa się Dziuśkową Chatą i jest bazą badawczo-rozwojową Speleoklubu Bobry z Żagania. Miejsce fajne, spełniające wszystkie nasze wymagania, w dodatku w samym sercu Gór Kaczawskich.
foto: własne
      Przeglądając stronę Dziuśkowej Chaty przy okazji dowiedziałem się, że w Wojcieszowie, w którym owa chata się znajduje, a także w okolicy, jest sporo jaskiń. I to jaskiń nie byle jakich. Jaskiń, które z wielu względów są unikatowe w skali kraju, a nawet kontynentu. Kiedyś co prawda słyszałem co nieco o Jaskinie Imieninowej, ale na tym moje wiedza się kończyła. Przyznam, że dla mnie ten wyjazd nabrał nowego wymiaru. Oczywiście większość osób, które miały na niego jechać, interesowało się głównie górami i to dla nich trzeba było przygotować przynajmniej zarys planu wycieczki, który obejmowałby wyjścia na okoliczne wzniesienia. Po zaproponowaniu jednej z tras, zająłem się odszukaniem i usystematyzowaniem informacji o podziemnych atrakcjach okolicy. Przyznam, iż nie do końca było to łatwe, poza nazwami i lakonicznymi opisami wielu jaskiń, znaczna część informacji jest albo ukryta, ale rzeczywiście nieznana. Korzystając jednak ze swoich znajomości i wrodzonych zdolności (żart), udało się dowiedzieć nieco więcej. Jednak i tak było to nie do końca to, czego bym oczekiwał. W związku z tym wiedziałem, iż nie będzie łatwo, ale w końcu co łatwo przychodzi, tego zazwyczaj nie doceniamy.
foto: Anna Atraszkiewicz
      Do Wojcieszowa docieramy w środku nocy, po awarii środka lokomocji i kilku godzinach postoju, udaje się. Już wiemy, że następny dzień będzie krótki i raczej nie uda się wygospodarować planowanego wcześniej czasu na odszukanie jaskiń, jednak nie poddajemy się. Coś tam kombinujemy i udaje nam się rozejrzeć po okolicy, na początek Rezerwat Góry Miłek, to akurat bardziej ubogie w nory miejsce, jednak zacząć należy na spokojnie. Odnajdujemy najciekawszy obiekt jaki tam się znajduje, mianowicie - Aven w Miłku. Zjeżdżamy na jego dno, tam odnajdujemy rozkładającą się padlinę. W bok odchodzi ciasny korytarz, jednak panujące tam warunki nie nastrajają do jego zwiedzania. Może kiedyś ktoś oczyści dno studni wlotowej, jednak patrząc na jej nieosłonięty niczym otwór, sytuacja pewnie będzie często się powtarzać. W tym dniu kręcimy jeszcze trochę po okolicy, jednak do żadnej nory już nie wchodzimy. Jakoś brakuje sprężu oraz sił po nieprzespanej nocy. A szkoda, bo był to najlepszy - jak się później okazało -dzień na jaskinie. Nazajutrz wycieczka wybiera się w góry, ktoś tam pojechał w Karkonosze, aby zaliczyć Śnieżkę, ja jednak z większością ekipy wybieramy się w Góry Kaczawskie. No niech będzie - górki. Obchodzimy górę Połom by wdrapać się na Skopiec, oczywiście nie bezpośrednio na szczyt, bo idziemy szlakiem, a on przez niego nie prowadzi. Następnie kierujemy się w stronę Przełęczy Widok skąd udajemy się do miejscowości Podgórki, gdzie zwiedzamy ruiny kościoła i wieżę widokową. Tego dnia wracamy samochodami do Wojcieszowa, gdzie w przemiłej knajpce Picz Pit jemy przepyszny obiad oraz gramy w bilarda. Miejsce to poznaliśmy już dzień prędzej, jednak to historia na całkiem inną opowieść. Tego dnia nie odwiedzamy jaskiń, jednak planujemy definitywnie wziąć się za to dnia trzeciego.
foto: własne
     Poranek następnego dnia zapowiada się obiecująco, poznana ekipa ze Speleoklubu Bobry, wybiera się do Jaskini Imieninowej, gdzie mają nas zaprowadzić, ponieważ podobno trafić do niej jest niezwykle ciężko. Niestety, nie udaje mi się zwlec z łóżka o umówionej godzinie i wyjazd z nimi przechodzi mi koło nosa. Na szczęście Marcin, który miał nieco więcej sprężu, jedzie solo i dowiaduje się gdzie jest otwór. A to już sporo. Po powrocie na śniadanie - po którym nieco leniwie, ale jednak - zbieramy się i jedziemy na eksplorację (dla nas to właśnie tym było). Plan jaskini który posiadaliśmy oraz opis nie za wiele mówił o trudnościach jakie mogą nas w środku spotkać, jedynie używając słowa "pionowa", informował nas o konieczności posiadania lin i kompletu sprzętu. Na nasze nieszczęście, gdzieś w rozmowie dnia poprzedniego padła informacja, że lina 10m wystarczy w zupełności. Jak się okazało nie do końca tak było. W jaskini jest kilka pionowych studni, dosyć ładnie obitych, gdzie wg. mnie trzeba wieszać liny, aby w pełni bezpiecznie i sprawnie ją zwiedzić. Niestety, my zabraliśmy tylko 15 metrowy kawałek sznura. Dzięki niemu udało nam się bezpiecznie zjechać pierwszą studnię. Pozostałe pokonywaliśmy z duszą na ramieniu i nie wszystkim udało się zejść do samego dna, gdyż zapieraczka w wielu miejscach była na prawdę ryzykowna. Na szczęście wszyscy cali i zdrowi wydostaliśmy się na zewnątrz. Tego dnia trzeba było się pakować i sprzątać chatę, wiec znowu okazało się, że to jedyny obiekt jaki uda nam się zwiedzić.W dodatku cały czas lało, więc łażenie po lesie i szukanie otworów jaskiń było mało przyjemnym zajęciem. Znaczna część ekipy opuściła Wojcieszów tego dnia, jedynie ja z dwójką znajomych zostaliśmy do poniedziałku. Planowaliśmy wyjechać wieczorem, więc był jeszcze czas, aby zajrzeć do kamieniołomu w Połomie. Niestety, od samego rana lało i to nie był ciepły, wiosenny deszcz. Czekaliśmy na jakieś rozpogodzenie do południa, niestety nic nie zapowiadało poprawy pogody, w związku z tym postanowiliśmy udać się w drogę powrotną.
foto: własne
      Wyjazd do Wojcieszowa można uznać za udany, mimo iż nie udało nam się zwiedzić wszystkiego co było w planach. Poznaliśmy okolicę, co dało nam jako taki pogląd na przyszłe zwiedzanie tego ciekawego miejsca. Zjazd do Jaskini Imieninowej oraz informacje jakie udało nam się zebrać na temat pozostałych podziemnych atrakcji spowodowały, że postanowiliśmy już niebawem do Wojcieszowa wrócić. Z większą wiedzą oraz w mniejszym gronie, przy odrobinie szczęścia do lepszej pogody z pewnością uda nam się odwiedzić więcej jaskiń, czego sobie serdecznie życzymy.

foto: własne     

sobota, 7 kwietnia 2012

Bieganie czas zacząć!



foto: własne
foto: własne

      Nigdy nie lubiłem biegać. Wydawało mi się to nudne. Co prawda w szkole podstawowej brałem parę razy udział w jakichś zawodach i nawet jakoś nie najgorzej mi szło, ale jednak nigdy nie darzyłem tej aktywności wielką miłością. Później o bieganiu zapomniałem całkowicie, przypomniałem sobie o nim dopiero gdy rozpocząłem moją przygodę z górami. Z zazdrością patrzyłem na tych silniejszych ode mnie, którzy z wielką łatwością mijali mnie na szlaku i myślałem sobie wtedy, że jedynym sposobem aby ich dogonić jest codziennie bieganie. I to jakichś gigantycznych dystansów. Mimo to, nie zmusiłem się wtedy do biegania. Okazało się, że systematyczne wyjazdy w góry i maszerowanie z ciężkim plecakiem przez kilkanaście kilometrów, wystarcza aby podnieść wytrzymałość i znacznie zwiększyć kondycję. Było dobrze, nawet bardzo. Odrzuciłem pomysł z bieganiem dużo szybciej, niż na niego wpadłem i byłem z siebie dumny. No nie z wszystkiego, ale przynajmniej z kondycji.
      Tak się jednak zdarza, że czas leci, a razem z nim zmienia się nasze życie: obowiązki, możliwości, ilość wolnego czasu, przemiana materii i takie tam. I mimo najszczerszych chęci nie da się nad tym wszystkim panować i utrzymać tego na jednym i tym samym poziomie. Przemiana materii zazwyczaj spada z wiekiem, czasu na przyjemności (czyt. góry), coraz mniej, wyjazdy trochę bardziej nastawione na wygodę, pociąg i rower - coraz częściej zamieniany na samochód, itp. itd. To wszystko razem sprawiło, że moja kondycja spadła, a ten plecak z przodu, którego za nic nie mogę zdjąć, powiększał się z miesiąca na miesiąc. Oczywiście tragedii nie było i nie ma, ale staczać się powoli zacząłem - przynajmniej jeśli chodzi i kondycję i wagę - w tym złym kierunku.
foto: własne
      Już zeszłej zimy, gdy mrozy całkowicie uniemożliwiły mi treningi rowerowe (odmrożonymi stopami ciężko się pedałuje - sprawdziłem!), postanowiłem w zamian pobiegać po WPKiW. Miejsce, które latem odstrasza wielką ilością ludzi, zimą zazwyczaj jest puste, a białe drogi, mimo wczesnego zmroku, pozwalają na przyjemne i wcale nie niebezpieczne treningi. Wtedy to mi się podobało, pusty park, tylko ja ze znajomym. Wszystko pokryte białym puchem, przyjemnie i dla duszy i dla ciała. Biegałem w miarę systematycznie, po ok. 6 km., dołączając do tego różne ćwiczenia. Było fajnie. Jednak wiosna przyszła niespodziewanie, a wraz z nią możliwość przyjemniejszej jazdy na rowerze. Znowu o bieganiu zapomniałem na długie miesiące. Ale zima powróciła. Śniegu napadało sporo, mrozy chwyciły solidne. Rower poszedł w odstawkę. W górach warunki ciężkie i choć kilka porządnych wyjazdów doszło do skutku, to plecak nadal rósł. Kondycja też jakby spadła. Nadszedł czas na męską decyzję - bieganie czas rozpocząć! Muszę przyznać, że to nie do końca  męska decyzja, gdyż moja druga połówka nieco pomogła mi ją podjąć, ale w końcu się udało. "Najpierw powoli, jak żółw - ociężale...", ruszyliśmy do parku, trochę ospale. Jednak z dnia na dzień lepiej już było i w końcu  kilka kilometrów dystansu się zrobiło... Teraz staramy się biegać systematycznie, o ile oczywiście obowiązki pozwalają. Nasza trasa liczy na ten czas 3,6 km. Wystarczająco dla początkującego. A efekty? My je widzimy i odczuwamy, a to chyba najważniejsze. No i nadal nam się chce.
      Podsumowując: bieganie nie stało się moim ulubionym sportem, jest kilka przed nim, jednak uważam, że to doskonałe uzupełnienie innych aktywności. Na plus na pewno przemawia fakt, iż do biegania nie potrzeba ani drogiego sprzętu, ani specjalnego miejsca, ani dużo wolnego czasu. 20-30 minut co drugi dzień w tygodniu, już daje sporo frajdy i efektów, co w przypadku zwykle napiętego harmonogramu tygodnia jest niezwykle atrakcyjne. Szczerze polecam każdemu!


piątek, 6 kwietnia 2012

Wielki Piątek

Nie zdejmę Krzyża z mojej ściany, 
 Za żadne skarby świata, 
 Bo na nim Jezus ukochany
 Grzeszników z niebem bratał. 

 Nie zdejmę Krzyża z mego serca, 
 Choćby mi umrzeć trzeba,
 Choćby mi groził kat morderca,
 Bo Krzyż to klucz do nieba. 

 Nie zdejmę Krzyża z mojej duszy,
 Nie wyrwę Go z sumienia, 
 Bo Krzyż szatana w niwecz kruszy, 
 Bo Krzyż to znak zbawienia.

A gdy zobaczę w poniewierce 
Jezusa Krzyż i ranę, 
Która otwiera Jego serce - 
W obronie Krzyża stanę.
                                              
                                            Maria Konopnicka