Zima już za nami. No wiadomo, że w "marcu jak w garncu" i "kwiecień - plecień...", ale ogólnie zima już sobie poszła. Poniekąd szkoda, bo ogólnie to mam jakiś niedosyt zimowych wyjazdów w tym roku. Mam nadzieję, że będzie jeszcze okazja to nadrobić w przyszły weekend. W górach śnieg jeszcze ma się całkiem dobrze. Napadało go sporo jakiś czas temu i wystarczy go jeszcze na długo. I o tym właśnie chciałem napisać.
Dwa weekendy temu (kurcze, jak ten czas leci), udało mi się wygospodarować czas na wyjazd w góry. Nie było to takie oczywiste, bo plany rodzinne wstępnie były inne, ale na szczęście się zmieniły. Znajomi w tym czasie planowali zorganizowany, kilkunastoosobowy wypad na Krawców Wierch. Jak to napisali impreza miała być "mocno śpiewana, umiarkowanie zakrapiana". Mnie taka wersja pasuje. Mojej drugiej połowie również, więc cel mieliśmy obrany. Krótka informacja, że na pewno będziemy, żeby miejsca noclegowego nam nie zabrakło i można jechać. Jeszcze tylko skompletowanie załogi do samochodu, ta trochę się zmieniała, ale ostatecznie się uformowała w liczbie 3 facetów i jedna kobieta. Jest dobrze. Silna ekipa się przyda. No bo w górach przecież śnieg. Ale nie taki zwykły, specjalny. Nie, nie chodzi tu o jego skład chemiczny, bo ten raczej był standardowy, ale o jego ilość. Ktoś powie: przecież to normalne że zimą jest śnieg w górach i to w znacznych ilościach. To prawda, ale akurat tej zimy, w gminie Ujsoły śniegu było wyjątkowo dużo i potwierdzają to rdzenni mieszkańcy. Podobno od 10 lat nie było takich opadów! Więc wyzwanie jest.
foto: własne
Informacje jakie płyną z gór, sprawiają, że prawie cała pozostała ekipa łączy się w jedną grupę. Wszystkie szlaki prowadzące do schroniska są nieprzetarte, a świeżego, niezwiązanego śniegu jest ponad 2 metry. Efektem tego, większość znajomych maszeruje szlakiem granicznym z Glinki. Torują dosyć długo, ale siła kilkunastu ludzi i czas jaki mieli, gdyż zaczęli dosyć wcześniej, skutkuje dotarciem do schroniska sporo przed zmrokiem. My niestety zmuszeni byliśmy wyruszyć na szlak dopiero po 14. Obowiązki zawodowe nie pozwoliły nam zrobić tego wcześniej. W dodatku postanowiliśmy spróbować przejść szlakiem niebieskim, ale ze Złatnej. Osobiście szedłem już parę razy zimą tamtędy i mimo iż było ciężko, zawsze się udawało. Tym razem ekipa była silna. Dodatkowo dotarł do nas jeszcze jeden znajomy, którego kondycja jest na wysokim poziomie, więc szanse pozytywnego zakończenia tej próby były dosyć wysokie. Na miejscu okazało się, że śniegu jest rzeczywiście sporo. Prawie 3 metrowe pryzmy po bokach drogi robiły wrażenie. Szlak jednak był przetarty. Nawet po zejściu z drogi prowadzącej na Okrągłe szliśmy wyraźną ścieżką. Pogoda była ładna, humory dopisywały. Szło się łatwo, jak na zimę oczywiście. Śniegu na szlaku nie było dużo, więc i czas mieliśmy dobry. Po ok. godzinie doszliśmy do polany, gdzie szlak skręca ostro w lewo w stronę gajówki. Tutaj mały dylemat. Iść dalej szlakiem, który jest łagodny, gdyż prowadzi delikatnym podejściem przez Straceniec, ale jednak dłuższy i całkowicie nieprzetarty, czy kontynuować dalszą drogę doliną potoku. Kiedyś już tamtędy szedłem zimą i wiem, że podejście na Halę Krawculi jest dosyć strome, choć teoretycznie krótsze. Po krókiej naradzie, zdecydowałem (tak, to była moja decyzja narzucona pozostałym), że jednak nie będziemy szli naokoło. Głównie przekonał mnie do tego fakt, iż droga była przetarta.
foto: Paweł Gruszka
Co prawda od polany śniegu już przybywało i zaspy robiły się coraz większe, jednak ktoś idący przed nami odwalił kawał świetnej roboty, torując nam drogę. Niestety, był to klasyczny przypadek wpuszczenia kogoś w przysłowiowe maliny. W połowie doliny tunel śnieżny się skończył. Ten ktoś, kto do tej pory ułatwiał nam zadanie, postanowił nagle zawrócić. Była nawet teoria, że znajdziemy go zamarzniętego gdzieś pod śniegiem, ale na szczęście się nie potwierdziła. Cóż, pozostało nam torować, co w rzeczywistości sprowadzało się do ręcznego kopania tunelu wysokości ok. 2 metrów. Na początku szło nam dobrze, gdy z nachylenie stoku było niewielkie, jednak w miarę jego wzrastania było coraz gorzej. W dodatku powalone konary drzew i ich gałęzie nie ułatwiały nam zadania. Zapadł zmrok, a my cały czas kopiemy. Na GPSie wyświetla, że w linii prostej mamy coś pomiędzy 500, a 700 metrów do schroniska. Niby niewiele, ale trzeba do tego jeszcze doliczyć strome podejście, więc wychodzi na oko niewiele ponad 1km. Dużo to, czy mało? W czasie, gdy moja zmiana "odpoczywa", a na przodku walczą inni staram się wyliczyć nasze tempo. Ku mojemu zaskoczeniu, wychodzi mi, że przez ostatnią godzinę w linii poziomej przesunęliśmy się ok. 20 metrów. Nie wygląda to obiecująco. Biorąc pod uwagę odległość jaka nam jeszcze została, godzinę (było przed 20), fakt zmęczenia i przemoczenia niektórych z nas oraz to, że tam na górze impreza trwa już dobre kilka godzin, podejmuję decyzję o odwrocie. Ta na szczęście spotyka się z ogólnym entuzjazmem. Jeden tylko z nas, jest tym faktem zawiedziony, ale to młody, ambitny typ, ja już ten okres mam za sobą.
foto: Paweł Gruszka
Do samochodów wracamy dosyć szybko, niewiele po 21 siedzimy już w ich środkach po udanych "wypchaniach" ich z zaspy, jaką zgotował nam pług odśnieżający drogę czas zdecydować co dalej. Efekt rozmów jest następujący: dwoje z nas jedzie na szlak graniczny i udaje się do schroniska tamtędy, pozostała zaś trójka, szuka noclegu w Złatnej. Decyzja ze wszech miar słuszna. Dwaj pierwsi docierają do schroniska przed 23, są w stanie jeszcze pogadać z niedobitkami. My zaś znajdujemy bardzo przytulny i tani nocleg w schronisku "GAWRA" w Złatnej Hucie, gdzie po ciepłym prysznicu, gadamy przy piwie, do późnych godzin nocnych. Nazajutrz w pięknych okolicznościach przyrody wracamy do domu. Pozostali członkowie ekipy również.
Podsumowując - zima kolejny raz mnie zaskoczyła. Znany z zimy i lata szlak, pokazał mi, że to nie ja jestem w górach panem. Mimo silnej, zdeterminowanej ekipy, znacznej pomocy nieznajomego oraz technologii, nie udało nam się zrealizować celu. Góry wyciągnęły pazurek, ale tylko po to, aby nam utrzeć nosa, nie chciały nas zranić, pokazały tylko nasze miejsce w szeregu. Chwała im za to.
PS: Poniżej dwa filmy, pierwszy mojego autorstwa drugi Pawła Gruszki, a więcej zdjęć znajdziecieTUTAJ.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz