Albo w inne odludzia pojechać by, pochodzić by pół dnia w błocku, poprzedzierać by się przez kawałek puszczy, pomlaskać by butami w brei spływającej każdą bruzdą, popaść by nawet i w bagniste spychaczówki, przemoknąć by, utytłaćby się.
A potem dom znaleźćby na końcu świata, poczućby owe zapachy mleczno-łajniane, których mój otępiały węch mieszczucha z nadżerką w śluzówce już nawet nie odróżnia, zadumaćby się: rumianek to czy gnojowica? Zaciągnąćby się zapachniałością wsi, natury, dziecięctwa przebieganego boso po trawach ubżdżonych przez wolne kury.
A może do siostry wyjechaćby, co to zrujnowany pensjonacik prowadzi, posłuchaćby jej narzekań, bo a to wody zabraknie w studni, a to jest jej za dużo i od deszczu dach przecieka, z sufitu sali bankietowej kapie, na parkiecie kałuże, a ludzie jak gdyby nigdy nic imprezują, bawią się jak na Titanicu. Poczućby tę atmosferę p o e t y c k i e g o r o z p a d u, popatrzećby na pajęczyny, czarne chrząszcze, powyczekiwaćby na cud w tym sanatorium pod klepsydrą. Najlepiej u niej w roztopy, kiedy wszystko spływa: deszcz, błoto, lody i śniegi rozmemłane, wirusy szaleją, i od razu coś zaczyna skrobać w gardziołku, ach, nawet i przeziębićby się tam, u siostry, byle z dala od miasta, byle ducha zregenerować
[...]
Może do Bukowiny mojej, i chłonąćby co świt z balkoniku inne widoki tych samych gór. Czasem jeno ich zarys we mgle widziećby, czasem wał chmur się przez nie przetaczający, czasem zaś cieki na skałach w słońcu błyszczące w powietrzu tak przejrzystym, że Bielskie zdają się na wyciągnięcie ręki. Wyciągnąćby rękę do tego widoku, w którym dzieciństwo moje jest zapisane i młodość rodziców, popaśćby w rzewność. Zacząćby schodzić polami do potoka, wejśćby do niego, postać, aż woda odbierze czucie w nogach, wpaśćby w nurt wartki, twarzą w kamienie śliskie, dennie chybotliwe"
Wojciech Kuczok: poza światłem
| foto: własne |
