Tytułem wstępu


Na początku jest najłatwiej
Gdy się w pełni sił i wiary
Byka chwyta się za rogi
Z życiem bierze się za bary

Potem jest niestety trudniej
Siły mniejsze, marna wiara
Już się nie gna tak do przodu
Wciąż się jednak człowiek stara

Jak to dalej będzie nie wiem?
Jestem gdzieś w połowie drogi
Jeszcze chce mi się wędrować
Lecz już trochę bolą nogi

Piotr Gutkowski


sobota, 7 lipca 2012

Wyjazd urodzinowy

kapliczka na wodzie
foto: własne
      Co roku  z okazji moich urodzin, organizuję niewielką imprezę wyjazdową. Pierwszy raz odbyła się ona w Beskidzie Małym u Staszka na Gibasach, a następne już zawsze na Jurze z noclegiem w Mirowie. W tym roku postanowiłem zmienić lokalizację, nie jakoś drastycznie, bo na Dolinki Podkrakowskie, ale jednak. Wyjazd rozpoczęliśmy od wspólnego posiłku w Olkuszu. Stamtąd 3 samochodami pojechaliśmy w stronę Pieskowej Skały. Przejazd Doliną Prądnika nawet z samochodu dostarcza niezłych wrażeń dla oka. Dlatego spokojnie podążaliśmy drogą w kierunku Ojcowa. Miejscowość ta o tej porze roku jest pełna turystów, ale trudno, jakoś trzeba to było przeboleć. Samochody zostawiliśmy w okolicach Kapliczki na Wodzie, dzięki temu zaoszczędziliśmy na parkingu, który tutaj zawsze w sezonie jest płatny. Poza tym kapliczka to atrakcja sama w sobie. Po obfotografowaniu jej, spacerkiem udaliśmy się w dół doliny. Mijając przepiękne ostańce wapienne dotarliśmy spacerkiem do Bramy Krakowskiej.  Po zaczerpnięciu ze Źródła Miłości, spokojnie pomaszerowaliśmy w górę, w stronę Jaskini Łokietka. Jest to grota turystyczna, jak pewnie wszyscy wiedzą, jednak przyznam, że ostatni raz byłem w niej w szkole podstawowej, gdy jeszcze mało rozumiałem zjawiska krasowe, więc i niewiele pamiętam z tamtego wypadu. Tym razem chciałem posłuchać przewodnika i z większą świadomością zobaczyć co i jak. Udało nam się trafić na bardzo miłego Pana, a poza tym nasza grupa nie była zbyt liczna. Spokojnym krokiem zwiedziliśmy cała jaskinię. Może nie jest ona jakoś szczególnie bogata w szatę naciekową, jednak polecam ją każdemu, kto rozpoczyna swoją wędrówkę po świecie podziemi.
foto: własne
      Po zwiedzeniu jaskini, jak i samej doliny, postanowiliśmy się posilić w Piwnicy pod Nietoperzem. Karczma ta zazwyczaj jest pełna, ale na Pstrąga a' la Nietoperz warto poczekać. Generalnie jedzenie jest tutaj bardzo dobre, ale akurat ta pozycja jest wg. mnie (i nie tylko), wyśmienita. Polecam każdemu. Po posiłku udaliśmy się w kierunku kolejnej turystycznej groty, a mianowicie Jaskini Nietoperzowej. Atrakcja ta leży w gminie Jerzmanowice-Przeginia, w górnej części Doliny Będkowskiej. Jest ona dobrze znana archeologom, gdyż to właśnie tutaj znaleziono ponad 4000 kłów niedźwiedzi, które zostały tam sprowadzone przez Homo Sapiens, który przed 38 000 lat polował na te drapieżniki. W trakcie wykopalisk natrafiono tam również na fragmenty glinianych naczyń , narzędzi kamiennych i krzemiennych oraz kości pozostawionych przez ludzi, którzy zamieszkiwali jaskinię w następnych epokach. Poza prehistoryczną przeszłością jaskini, ciekawa jest również jej historia najnowsza, gdyż to właśnie tutaj nakręcono sceny do filmu "Legenda o Świętym Mikołaju" w 1995 roku oraz do "Ogniem i Mieczem" w roku 1997.
foto: własne
      Z jaskini udaliśmy się prosto na miejsce biwakowe. Pole namiotowe obok schroniska Brandysówka, to bardzo popularne miejsce wśród wspinaczy i nie tylko ich. Okolica przepiękna, dojazd bezproblemowy, a przy tym cisza i względny spokój dodają temu miejscu sporo atrakcji. Dodatkowo skała Sokolica z najdłuższymi na Jurze drogami wspinaczkowymi oraz liczne jaskinie powodują, że nie sposób się tutaj nudzić.  Wieczorem pozostało już tylko ognisko i impreza przy nim, która była bardzo udana. Swojskie wyroby skusiły wielu, co niestety skutkowało nieraz problemami motorycznymi., aczkolwiek nikt nie narzekał. Tego dnia też nasza reprezentacja ostatecznie pożegnała się z Mistrzostwami Europy w Piłce Nożnej przegrywając z Czechami 1:0. Nazajutrz postanowiliśmy odwiedzić jaskinię Małotową. Jaskinia ta powiększyła się od naszej ostatniej wizyty tutaj. Głównie z powodu wykopania piasku, który w niektórych korytarzach zalega aż po strop. Zwiedzanie nie nastręcza trudności, aczkolwiek obowiązkowo należy zapatrzyć się w liny i sprzęt zjazdowy, gdyż do pokonania są dwie kilkumetrowe studzienki. Następnie udaliśmy się do źródła Będkówki, gdzie trochę się ochłodziliśmy. Odwiedziliśmy jeszcze skałę od dumnej nazwie Dupa Słonia, znajdującą się w bocznej odnodze doliny. W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o zalany kamieniołom w Trzebini, tzw. Balaton, gdzie zażyliśmy odświeżającej kąpieli, stamtąd rozjechaliśmy się do domów.
      Wyjazd jak co roku udany, pogoda dopisała, ekipa również, Jura jak zwykle pokazała nam sporo atrakcji. Dzięki wszystkim za przybycie i miłe towarzystwo, na przyszły rok szykuję coś specjalnego :)




   

wtorek, 3 lipca 2012

Długi weekend bożociałowy

 
foto: Adrian Stanik
      Jak pisałem dwa posty temu, w Polsce jest ok, przynajmniej jeśli chodzi o tak zwane długie weekendy. Nieodlegle od tego majowego leży kolejny, bożociałowy. Od paru już lat wykorzystuję go na wyjazdy rowerowe i przyznam, że zawsze do tej pory pogoda, jak i sama wycieczka, bardzo się udawały. Nie inaczej było w tym roku. Zazwyczaj na wyjazd w tym terminie wybieram Jurę Krakowsko-Wieluńską, wiecie już, jak bardzo lubię tę cześć kraju, a na rowerowe wycieczki pasuję ona również idealnie, no i leży na tyle blisko mojego miejsca zamieszkania, że do tej pory wyjazdy te rozpoczynałem wprost z domu, nie korzystając z żadnych środków lokomocji. W tym roku było jednak troszkę inaczej. Jako cel naszej wycieczki obraliśmy sobie Rowerowy Szlak Orlich Gniazd, czyli ten który zaczyna się w Krakowie, a kończy w Częstochowie. Od razu było pewne, że musimy skorzystać z pomocy PKP, ale to przecież nie problem. Wyjechaliśmy we czwórkę w czwartek wieczorem. Rowerami do Katowic, następnie pociągiem w kierunku Krakowa. Na stacji Kraków Mydlniki byliśmy ok 18:30. Tego dnia dojechaliśmy na przepiękny punkt widokowy pomiędzy Brzoskiwnią, a Kamykiem. Tam też rozbiliśmy swoje namioty. Początek był wprost wymarzony. Piękna, ale nie upalna pogoda, wspaniałe miejsce noclegowe, no i pozytywne nastawienie na dalszą część wycieczki. Noc spędzona przy ognisku oraz cytrynówce własnej roboty pozwoliła nam się zrelaksować, na szczęście pobudka drugiego dnia nie było zbyt mecząca. Pozbierać nasze graty udało nam się w ostatniej chwili przed wjazdem właściciela łąki na której się rozbiliśmy, a wjechał nie byle czym, bo traktorem z podpiętą kosiarką szerokości dwóch metrów. Dobrze, że nie pospaliśmy dłużej.
foto: własne
Dalej nasza trasa biegła w kierunku Zamku Tenczyn w Rudnie, niestety, z powodu remontu nie wpuszczono nas do środka. Podążyliśmy więc w kierunku Krzeszowic, tam odwiedziliśmy park i znajdujący się w nim Pałac Potockich, zwrócony rodzinie w 2008 roku. Szkoda jednak, że nadal niszczeje. Z Krzeszowic popędziliśmy w kierunku Olkusza, szlak prowadzi drogami przez Paczółtowice, Racławice i Zawadę. Przepiękne miejscowości. Droga wiją się krętymi dolinami, to znów wyprowadzają na szczyty okolicznych wzgórz, stąd też nie brakuje ostrych podjazdów, ale i stromych zjazdów. Następnie dojechaliśmy do Olkusza, w którym również warto się posilić. My wybraliśmy tym razem coś szybkiego i niezdrowego, czyli fastfood. Wcisnęliśmy w siebie parę bułek z mięsem, a do tego rozmiękczone w kubku lody i pognaliśmy dalej, w kierunku Rabsztyna. W zamku tym byliśmy już parę razy, dlatego też zrobiliśmy mu tylko zdjęcie z trasy i popędziliśmy w kierunku Kluczy. Tam zboczyliśmy trochę ze szlaku, który prowadzi polnymi piaszczystymi drogami i wybraliśmy równolegle biegnącą  asfaltową trasę przez Bogucin Duży. W mijanych po drodze wiejskich sklepach widać już było, że zbliża się mecz otwarcia ME2012. Lokalni kibice mają jednak swoje zawody:, kto więcej wypije i jeszcze będzie siedzieć. Patrząc na nich, zastanawiałem się, czy dotrwają do meczu Polska - Grecja. My na szczęście dotarliśmy na czas do Jaroszowca. Tam dołączyła do nas kolejna osoba, która została nami już do końca. Po szybkich zakupach w pobliskim sklepie, zaczepił nas lokalny kibic, któremu skończyły się środki uspokajające już w pierwszej połowie i właśnie wykorzystuje przerwę w meczu, aby uzupełnić zapasy. Miły Pan był już trochę zmęczony i miał problem z wejściem na rower, którym przyjechał, za to bardzo jasno wytłumaczył nam gdzie w okolicy najlepiej jest rozbić namiot. Tutaj należą mu się podziękowania, gdyż wskazał nam idealne miejsce. Biała Przemsza na tej wysokości swojego biegu jest bardzo czysta, więc kąpiel w niej nie grozi konsekwencjami zdrowotnymi, dlatego też polecam nocować gdzieś w jej pobliżu, bo po upalnym dniu, wejście do zimnej rzeki jest bardzo miłym doświadczeniem.
foto: własne
      Ranek trzeciego dnia był upalny, ale nasze moralne utrzymywało się na wysokim poziomie, wieczorna kąpiel dnia poprzedniego, bardzo w tym pomogła. W trakcie śniadania, dołączyła do nas jeszcze jedna osoba, więc byliśmy już w pełnym składzie i mogliśmy ruszyć dalej. Na pierwszy ogień padł Zamek w Bydlinie, ładnie zachowane ruiny, dodatkowo zabezpieczono zaprawą murarską, przed dalszym niszczeniem. W okolicy zamku zwiedziliśmy również cmentarz parafialny. Dalej podążyliśmy w kierunku Smolenia. Ta część szlaku biegnie przez las, dosyć mocno zarośniętymi ścieżkami, z tego też powodu nasze tempo dosyć spadło. Po ok. dwudziestu kilometrach dotarliśmy do skały Biśnik. Ciekawe to miejsce, szczególnie dla grotołazów, gdyż mieszczą się tutaj dwie fajne jaskinie, Psia - ciekawa ze względu na nacieki i kropielnice oraz Jaskinia na Biśniku, interesująca ze względu na znaleziska archeologiczne. Nam udaje się zwiedzić tę pierwszą. Następnie Doliną Wodącą udaliśmy się w kierunku zamku w Smoleniu. Część z nas zwiedza zamek, pozostali czekają na tamtych. Tego też dnia pierwszy podczas naszej wycieczki zaczął padać deszcz. Na szczęście udało nam się znaleźć miejsce w Stodole w Podzamczu. Tam też, czekając na obiad, wysuszyliśmy ubrania i rowery. Zamku w Podzamczu nie zwiedzaliśmy, każdy z nas był już tam kilka razy, a poza tym środek długiego weekendu obfitował w całe rzesze turystów.
     Tego dnia zmieniliśmy nieco plany i zamiast dalej jechać szlakiem, przez Okiennik, Morsko i Podlesice, postanowiliśmy dojechać nim jedynie do trasy 78, a dalej już asfaltem do Kroczyc, a stamtąd do Kostkowic. Zmiany te podyktowane były głównie chęcią odwiedzenia znajomego na działce. Poza tym trzeba było zrobić zapasy, a sklep w Kroczycach
foto: Adrian Stanik
wydawał nam się do tego najlepszy. Plan ten zrealizowaliśmy bardzo szybko i już przed 19 byliśmy na miejscu. Skoczyliśmy jeszcze na lekko nad zalew, aby ochłodzić się i zmyć z siebie warstwę potu i kurzu. Niewiele osób pływało tego dnia, ale nam to nie robiło żadnej różnicy. Orzeźwieni, ale jednak śmierdzący (zapach potu zamieniliśmy na zapach mułu), wróciliśmy na działkę, gdzie w towarzystwie paru zaproszonych gości urządziliśmy fajną imprezę przy ognisku z najprawdziwszą sauną (dzięki Saper!).
      Następnego dnia było już pewne, że raczej nie dojedziemy do samej Częstochowy, ale przyznać muszę, że nigdy na to nie liczyłem. Celem został więc Olsztyn. Wyruszyliśmy nieco późno, bo ok. 11. To był błąd, ale jakoś nie dało się wcześniej. Trasa przez Zdów, Bobolice i Mirów była ok. Sporo ludzi pod zamkami, ale tego się można było spodziewać. Najciekawsze jednak było dopiero przed nami. Po krótkiej przerwie w Mirowie, pojechaliśmy w kierunku Lutowca, szlak biegnie przez Niegową, ale nie widzieliśmy sensu aby tak krążyć, tym bardziej, że dalej zahacza o Moczydła i kieruje się w stronę Zawady. Do Moczydeł dojechaliśmy ubitą, szutrową drogą (nota bene też szlak rowerowy, ale bodajże niebieski).
foto: Adrian Stanik
Tutaj wjechaliśmy na nasz właściwy szlak koloru czerwonego i skierowaliśmy się na zachód. Był to najgorszy odcinek od początku wycieczki, po kilkuset metrach wjechaliśmy w łachy piachu, w sumie to nic dziwnego, nie raz takie spotykaliśmy na swojej drodze, różnica jednak była taka, że na tym odcinku piasek nigdy się nie kończył i był dosyć głęboki. W sumie przez całą drogę do Przewodziszowic prowadziliśmy rowery, przez co znacznie straciliśmy na czasie.  Nie wiem kto wytyczył tędy szlak rowerowy, ale szczerze odradzam nim jechać. Dzięki temu doświadczeniu postanawiamy, że skrócimy sobie drogę przez pola, aby czym prędzej wyjechać na drogę 793. To była dobra decyzja, bo dosyć szybko udało nam się dotrzeć do Ostrężnika, gdzie posilamy się pysznymi pstrągami. Niestety, w momencie gdy mamy się zbierać rozpoczyna się straszna ulewa. Przez nią tracimy kolejne dobre pół godziny. Gdy wyruszamy, wiemy już, że nie dojedziemy tego dnia do Olsztyna, bo wtedy w domu bylibyśmy bardzo późno, postanawiamy więc kierować się w stronę Poraja. Tutaj znowu wątpliwa atrakcja, zielony szlak rowerowy z Ostrężnika do Suliszowic również nie nadaje się zbytnio do jazdy, no może rowerem bez sakw, ale i wtedy jest to spora walka. Na szczęście do Poraja przybywamy na pół godziny przed odjazdem pociągu, więc spokojnie zdążamy kupić bilety i coś na drogę.
foto: Adrian Stanik
    Wyjazd można zaliczyć do udanych, co prawda nie zrealizowaliśmy całości planów, ale od samego początku było to wątpliwe, gdyż postawiliśmy głównie na dobrą zabawę, a nie wyczyn. Czerwony Rowerowy Szlak Orlich Gniazd to bardzo dobra propozycja dla wszystkich którzy Jury nie znają i chcą ją zwiedzić niemal kompleksowo, trzeba jedna dodać, że w wielu miejscach jego przebieg jest wprost idiotyczny, przez co znacznie spada morale i siły. Na szczęście zawsze można wskoczyć na asfalt i wybrać mniej wymagający wariant,  szczerze to polecam pojechać tym szlakiem, ale chyba tylko raz, później już stosować swoje warianty.


PS: Dziękuje wszystkim, którzy wybrali się ze mną na tę wycieczkę, szczególnie mojej Ukochanej Dorocie, za pomysł i pomoc w realizacji.
PPS: Więcej zdjęć znajdziecie w galerii Adriana Stanika.