Tytułem wstępu


Na początku jest najłatwiej
Gdy się w pełni sił i wiary
Byka chwyta się za rogi
Z życiem bierze się za bary

Potem jest niestety trudniej
Siły mniejsze, marna wiara
Już się nie gna tak do przodu
Wciąż się jednak człowiek stara

Jak to dalej będzie nie wiem?
Jestem gdzieś w połowie drogi
Jeszcze chce mi się wędrować
Lecz już trochę bolą nogi

Piotr Gutkowski


wtorek, 12 czerwca 2012

Długi weekend majowy po raz drugi



foto: własne
      Uff. Pierwszą część weekendu majowego opisałem z poprzednim poście, było tego trochę, druga część była już mniej urozmaicona, ale wcale nie mniej ciekawa. Ale zacznijmy od początku. Kto zna Słowację, nawet tylko z perspektywy okien samochodu, ten wie, że kraj ten jest krajem górzystym. Może nie tak górzystym jak np. Austria, ale jednak gór im nie brakuje. To, że mają większą część Tatr, to raczej pamiętamy jeszcze z podstawówki, to że muszą mieć i sporo Beskidów, to też da się przypomnieć, chociażby dlatego, iż znaczna część naszej wspólnej granicy prowadzi właśnie grzbietem tego pasma, ale to, że poza tymi granicznymi pasmami jest tam jeszcze kilka dosyć rozległych i bardzo
foto: własne
urozmaiconych, to już mniej znana wiedza. Oczywiście nie mam zamiaru odkrywać tutaj powtórnie Ameryki, gdyż Polacy już dawno opanowali tereny gór słowackich, szczególnie wtedy gdy u nas są długie weekendy, a jedynie podzielić się moimi doświadczeniami z tamtych rejonów. W tym roku w drugiej części majowego długiego weekendu postanowiliśmy pojechać w Fatrę i to tę Wielką. Pasmo to jest chyba moim ulubionym, gdyż (stosunkowo), mało tam turystów, a i baza schroniskowa jest mizerna. Dla mnie to plus. Wielka Fatra co prawda jest parkiem narodowym, wiec celowo nie można się tam rozbijać, aczkolwiek nocować można tam w bezobsługowych bacówkach, które jednak trzeba umieć znaleźć, gdyż nie zawsze widać je ze szlaku. Namiot można rozbić jedynie w sytuacji awaryjnej i w dodatku należy go zwinąć skoro świt. Dodam tylko, że Wielka Fatra, a szczególnie jej część zwana Martińskimi Holami obfituje w niedźwiedzie, więc tym bardziej należy przestrzegać regulaminowego zakazu biwakowania w terenie. Góry te są bardzo urozmaicone, gdyż idąc, nawet w ciągu jednego dnia, spotykamy bujne lasy sosnowo-świerkowe, to znowu buczynowe, dalej przechodzimy wzdłuż wapiennych skał, nieraz stromo obrywających się spod nóg, to znowu maszerujemy rozległymi połoninami, bliźniaczo przypominającymi nasze Bieszczady, podejścia nieraz bardzo strome, wypłaszczają się nagle na grzbietach nieraz przypominając nasze Tatry Zachodnie. Należy pamiętać także, że góry te są w wielu miejscach bardzo lawiniaste, a zimą chodzi nimi niewielu turystów, co w połączeniu z ubogą infrastrukturą schroniskową może doprowadzić do tragedii. Śnieg spotyka się tam nawet do końca maja i mimo ciepłych dni, noce bywają zimne. To tyle w kwestii wprowadzenia, w końcu nie mam zamiaru robić za przewodnika.
foto: własne
   W tym roku, podobnie zresztą jak w zeszłym wybraliśmy ssza cel rejon pomiędzy takimi szczytami jak Krížna, Ploska, Borišov i Rakytov, obszar ten jest jednym z najczęściej odwiedzanych, głównie dzięki schronisku Chata pod Borišovom, aczkolwiek tam popularność to promil tego, co można zobaczyć w naszych górach, szczególnie podczas długich weekendów. My naszą wędrówką rozpoczęliśmy od miejscowości Wysna Revuca i również w niej skończyliśmy, jednak musieliśmy przejść asfaltem ze Strednej Revucy, gdyż tam bezpośrednio dochodził nasz szlak zejściowy. Pogoda początkowo iście letnia, słońce w zenicie, czyste niebo i zero wiatru. Zapowiadał się super dzień, jednak z powodu upału - dosyć ciężki. Pogoda jednak ma to do siebie, że lubi się zmieniać, a będąc w głębokiej dolinie, z powodu tego, iż widzimy niewielki skrawek nieba, zmienia się błyskawicznie, przynajmniej z naszej perspektywy. Tak też mieliśmy i tym razem.  Podchodząc szlakiem (zielonym) na Rybowske Siedlo gdzieś w 3/4 drogi usłyszeliśmy pierwsze grzmoty, a zaraz później zobaczyliśmy błyskawice, udało nam się schronić najpierw pod folią zerwaną przez wiatr z pobliskiej zagrody dla owiec, a następnie w samej zagrodzie, która mimo iż bez ścian, na szczęście posiadała dach i to dosyć szczelny. Burza była intensywna, ale jak to z nimi bywa, dosyć krótka. Przez moment byliśmy w jej centrum i dziękowaliśmy sobie nawzajem, że zdecydowaliśmy się przeczekać zamiast wchodzić na Križną, której nadajnik na szczycie robi za doskonały piorunochron. Po burzy udaliśmy się na szczyt, stamtąd widoki były już cudowne, widać było gdzie leje, gdzie jest burza, a gdzie słońce oświetla grzbiety gór. Horyzont po burzy ma to do siebie, że jest bardzo urozmaicony, co dodaje mu sporo uroku. Tak też było tym razem. Nie speszyliśmy się zbytnio, gdyż tego dnia mieliśmy w planach dojść tylko pod Suchy Wierch do znajdującego się tam szałasu, gdzie planowaliśmy przenocować. Szlak z Križnej przez Frčkov i Ostredok należy do bardzo widokowych odcinków, dlatego też nie ma sensu go przebiegać. Delektowaliśmy się więc widokami malowniczych krajobrazów i spacerkiem kierowaliśmy się w stronę noclegu. W szałasie jak to w szałasie, zrobiliśmy małą imprezę i ognisko, ale tylko w wyznaczonym do tego miejscu. W dodatku trochę posprzątaliśmy, jednak tam potrzeba by sporej ciężarówki, aby zwieść wszystko w dolinę, tyle tego nazbierało się przez lata. Gdyby tak każdy zabierał tylko swoje śmieci... Ach! Można tylko pomarzyć. Następnego dnia pogoda była średnia, co prawda nie lało, ale było chłodno i dosyć pochmurnie, tego dnia przez Polskę podobno przechodziły spore ulewy łącznie z gradobiciem, więc mimo wszystko nie było czego żałować. Na szczęście pogoda wytrzymała, udało nam się suchymi dojść do schroniska pod Borišovem, tam pozwoliliśmy sobie na dłuższy odpoczynek, piwo i lokalne potrawy dopełniły szczęścia, w dodatku pogoda się poprawiła, więc i moralne wzrosło. To dobrze, bo przez
chwilę zastanawialiśmy się, czy nie schodzić w dolinę i
foto: własne
wracać do domu. Na szczęście odsunęliśmy te wstrętne myśli i po ponad 2 godzinach odpoczynku ruszyliśmy w stronę Ploskiej. Ploska to wielki szczyt i (jak sama nazwa wskazuje), dosyć płaski,  ale za to niezwykle urokliwy. Stamtąd ruszyliśmy w kierunku Čiernego Kamenia, niestety szczyt ten jest ścisłym rezerwatem i szlak prowadzi jedynie jego północno-zachodnim trawersem. Dochodząc na przełęcz mijamy po drodze niewielki potok, idealne miejsce na uzupełnienie wody, co szczerze polecam każdemu, szczególnie jeżeli planuje iść dalej w stronę Rakytova. My z racji tego iż siodło to jest dosyć połogie, a i wieczór już się zbliżał, postanowiliśmy w tym miejscu zabiwakować. Przypomnę tylko, że jest to dozwolone tylko w szczególnych przypadkach i nie namawiam do łamania regulaminów parku. Z naszej strony zrobiliśmy wszystko, aby po naszym biwaku nie było śladu i mam nadzieję, że nam się to udało. Nazajutrz postanowiliśmy jeszcze na lekko wejść na Rakytov, zostawiliśmy depozyt w lesie i w przepięknej pogodzie pognaliśmy na szczyt, mijając po drodze Minčoł. Szczyt Rakytova jest jednym z tych szczególnie godnych polecenia, widoki przepiękne no i udało nam się być tam samym, gdyż tego dnia nikogo nie spotkaliśmy na szlaku. Wracając na przełęcz było co podziwiać, głębokie doliny Wielkiej Fatry mienią się tysiącami odcieni zieleni, a niezbyt odległe szczyty kolejnych pasm górskich, umacniają nas w przekonaniu, że znajdujemy się w jakiś odludnym górskim rejonie, a to przecież tak bliska nam Słowacja.

PS: Poniżej przedstawiam altigram naszej trasy, oraz link do mapy i śladu po jakim się poruszaliśmy.


PPS: A więcej zdjęć znajdziecie tutaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz