Tytułem wstępu


Na początku jest najłatwiej
Gdy się w pełni sił i wiary
Byka chwyta się za rogi
Z życiem bierze się za bary

Potem jest niestety trudniej
Siły mniejsze, marna wiara
Już się nie gna tak do przodu
Wciąż się jednak człowiek stara

Jak to dalej będzie nie wiem?
Jestem gdzieś w połowie drogi
Jeszcze chce mi się wędrować
Lecz już trochę bolą nogi

Piotr Gutkowski


czwartek, 16 lutego 2012

Zimowe Bieszczady

foto: własne
     Była zimowa Babia, będą i zimowe Bieszczady, a co. Na początku muszę przyznać, że była to moja pierwsza wizyta zimą w tych górach. Mam tutaj na myśli taką prawdziwą zimę. Bo, gdy ostatnio byłem tam w październiku zeszłego roku, to śnieg co prawda spadł, temperatura również, ale daleko było wtedy, do prawdziwej zimy. Do zimy takiej, jaką lubię. Tym razem się udało. Jednak łatwo nie było. Termin wyjazdu ustalony już dawno ze względu na potrzebę wzięcia dwóch dni urlopu, a tutaj jak na złość. Pogoda na Śląsku ulega pogorszeniu. Mimo wspaniałych warunków przez ostatnie kilka tygodni. W dniu wyjazdu zaczyna prószyć śnieg. Niebo zasnuwa się chmurami, a prognozy mówią o dalszym pogorszeniu. Cóż, pisałem już o zimowych "zaskoczeniach", więc nie będę się powtarzał. Trudno, urlop wypisany, zakupy zrobione, plecak spakowany, pokój zarezerwowany. Nie ma innego wyjścia, trzeba jechać.
foto: własne
      W Bieszczady z Górnego Śląska jest daleko, no może nie tak bardzo jak np. we Wzniesienia Szymbarskie, ale jednak. Podróż zajmuje znaczną część dnia. a jeśli do tego doliczyć przerwę na obiad oraz fakt, że zimą dzień jest krótki - to nie ma sensu się spieszyć, gdyż i tak w góry w dniu przyjazdu już się nie wyjdzie. W związku z tym, postanowiliśmy, że dzień pierwszy przeznaczamy na podróż, z możliwością zwiedzenia czegoś po drodze, ale raczej tylko przez okna samochodu. Wyjechaliśmy po 9. Ok. godziny 16:30 byliśmy w Lesku. Tam też odwiedziliśmy Leski Kamień. Fajna rzecz, idealna miejscówka dla okolicznych wspinaczy, co też widać po mnogości błyszczących w ścianie ringów. Ku naszej uciesze, pogoda wyraźnie się poprawiła. Więc chwilę tam zabawiliśmy. Mimo tego, kierowca zdecydował, że do naszej bazy (a miała się ona mieścić w Wołosatem), pojedziemy może nie najdłuższą, ale też na pewno nie najkrótszą drogą. Trudno, kierowcy trzeba słuchać, bo jeszcze poradzi wysadzić pasażerów w szczerym polu. Tak więc pojechaliśmy boczną, mało odśnieżoną drogą. Najpierw przez Myczkowce. Miejscowość bardzo ładną, spokojną i godną polecenia wszystkim, którzy pragną ciszy. Szczególnie rodzicom z małymi dziećmi. Następnie przez Bóbrkę, nie, nie tę w które znajduje się słynne muzeum naftownictwa, ale tę, która leży niejako pod tamą na słynnym zalewie Solina. Tutaj spędziłem tydzień podczas wakacji 1,5 roku temu i również bardzo polecam to miejsce, jako godne prawdziwego wypoczynku, szczególnie nad zbiornikiem wyrównawczym Jezioro Myczkowskie lub nieco bardziej tłocznym, ale też i bardziej znanym Zalewem Solińskim. Po nacieszeniu oczu widokami, wyruszyliśmy w kierunku Polańczyka. Następnie przez Rajskie, Olchowiec do Czarnej Górnej. To bardzo malownicza trasa, szczególnie fajna na rower, mniej zatłoczona niż ta przez Cisną lub Ustrzyki Dolne, ale
foto: własne
przez to też mniej przejezdna zimą. Nam się udało, ale muszę przyznać, że parę razy niewiele brakowało, aby cofać na sam dół podjazdu. Z Czarnej już bardziej znaną drogą (gdzie Mała Obwodnica Bieszczadzka pokrywa się z Wielką), kierujemy się w stronę Ustrzyk Górnych. Ta trasa również należy do ciekawych. Szczególnie warto zahaczyć o punkt widokowy w okolicach Lutowisk. Jest tam ogromny parking, gdzie szczególnie latem zatrzymuje się sporo samochodów i autokarów. Przy dobrej widoczności jest co podziwiać, nam niestety tym razem nie było to dane z powodu zmroku, ale gwieździsta niebo zapowiadało porządne widoki dnia następnego. Niewiele po godzinie 18 udało nam się szczęśliwie dotrzeć do Wołosatego. Po obu stronach ulic spore zaspy, ale droga mimo iż biała, przejezdna bez większych problemów. W hoteliku czekała już na nas Pani Gospodarz, po kurtuazyjnej wymianie zdań o warunkach, itp., zapłaciliśmy za noclegi i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Poprzedzony odpowiednim nawodnieniem.
foto: własne
      Piątek rozpoczął się rewelacyjnie, za oknem cudowne widoki. Temperatura niewiele oddaliła się od -20 °C, wiec policzki szczypały, za to świecące słońce i niemal nieograniczona widoczność dodawały skrzydeł. Wyruszyliśmy w kierunku Tarnicy, krótkim, niebieskim szlakiem. Po porannych rozmowach w kuchni spodziewaliśmy się najgorszego. Podobno napadało dwa metry śniegu, a od 2 tygodni nikt poza turowcami nie był na szczycie - mogło być ciężko. Ku naszemu zaskoczeniu było inaczej. Puch się zbił, więc było go już niewiele ponad 1m, a w dodatku ścieżka była mocno przedeptana i szło się jak po betonie. To pozwoliło nam uwierzyć, że nie tylko Tarnicę, ale i Szeroki Wierch przejdziemy bez problemów. Po 1,5 godziny wyszliśmy z lasu na polanę pod Tarnicą. To było to, co zimą w górach przyprawia mnie o dreszcze i nie mam tu na myśli zimna. Widoki już teraz zapierały dech w piersiach, a przecież najlepsze dopiero przed nami! Po założeniu gogli ruszyliśmy czym prędzej w kierunku przełęczy. Na niej trochę wiało, ale na szczycie Tarnicy zastała nas cisza. Cisza w pogodzie i cisza w ogóle. Nikogo tylko my. Widoki grubo ponad 150km. Można by tam siedzieć długo, ale to dla tych, którzy w planach mają już tylko zejście. My wybieraliśmy się na spacer po Szerokim Wierchu, więc nie pozbawiało nas to tego wszystkiego, co na szczytach jest takie piękne. W okolicach Tarniczki spotkaliśmy dosyć sporo osób, na szczęście wszyscy schodzili do Wołosatego, więc znowu zostaliśmy sami. Szeroki Wierch dostarcza poza widokami jeszcze jednej niewątpliwej atrakcji - zjazdów na dupie - i to kilku. Przy odpowiednich warunkach, można się na prawdę nieźle rozpędzić, więc nie warto sobie tej przyjemności odmawiać, lepiej poczuć się czasem beztrosko jak dziecko. Niestety, po kolejnych 2 godzinach byliśmy już w Ustrzykach. Restauracje o tej porze roku zamknięte, w jedynej otwarte dostępne było tylko piwo (z czego też skorzystaliśmy). Następnie udaliśmy się w mozolną drogę powrotną, 6 km po asfalcie do Wołosatego. W 1/3 drogi minął nas samochód, ale był  niewielki, poza tym w środku już były 2 osoby, więc kierowca nie bardzo chciał zabrać jeszcze trójkę z plecakami do środka. No cóż, jak pech to pech, nie spodziewaliśmy się wiele, tę drogą zimą przejeżdża przecież tylko kilka samochodów dziennie. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po paru minutach kierowca wrócił po nas już bez pasażerki i z uśmiechem na ustach oznajmił, że żal mu się nas zrobiło, jak tak maszerujemy na mrozie i musiał po nas wrócić. Zacny gest, choć mnie osobiście mróz mało przeszkadzał, bardziej to nuda wywołana spacerem po zwykłej drodze. Tak, czy siak, jestem mu wdzięczny, a dług wdzięczności udało mi się spłacić, ale o tym później.
foto: własne
      W sobotę temperatura jeszcze spadła, ale na niebie zero chmur, więc wypad w góry był pewny. Jedyny dylemat to - na który szczyt? Początkowo myśleliśmy o Połoninie Wetlińskiej, ale perspektywa kilkukilometrowego powrotu asfaltem po samochód, nie była tym o czym marzyliśmy. Postanowiliśmy więc wybrać się na Rawki, z możliwością wydłużenia wycieczki do Krzemieńca. Na Przełęczy Wyżniańskiej samochodów sporo, no cóż, do schroniska niedaleko, a pogoda rewelacyjna. My również zahaczyliśmy o bacówkę, gdzie po nawodnieniu udaliśmy się w kierunku Małej Rawki. Szlak przetarty, więc problemu nie było, na szczycie jednak zaczęło wiać.Trochę nas to zaskoczyło, gdyż dzień wcześnie była totalna cisza, ale za to widok na Tatry wynagrodził nam ten chłód. Po pamiątkowym zdjęciu udaliśmy się w kierunku Wielkiej Rawki. Przełęcz pomiędzy Rawkami pozwoliła nam odpocząć od wiatru i chłodu. Fajne to miejsce, gdyby nie PN, idealne na biwak. Na Wielkiej Rawce spędzamy niewiele czasu, wiatr dosyć się wzmógł, więc odczuwalna temperatura znacznie spadła. Choć warunki śniegowe i widoki kusiły, to jednak zrezygnowaliśmy z odwiedzenia Krzemieńca. Przyjdzie jeszcze na niego czas. Droga w dół była szybka, część z nas pomogła sobie kolejnymi dupozjazdami, choć nie we wszystkich miejscach dało się jechać. Do schroniska już nie wchodziliśmy, za to pofolgowaliśmy sobie na zboczu Wyźniańskiego Wierchu. Udaliśmy się jeszcze do Wetliny na zakupy, możliwość płacenia kartą w tamtejszych delikatesach uratowała już pewnie wielu. Mnie przynajmniej już drugi raz. No cóż, do bankomatu w Cisnej jest znacznie dalej. W drodze powrotnej zjedliśmy jeszcze placki po bieszczadzku w nowo otwartej knajpie Nora pod Beskidnikiem. Lokal klimatyczny, wystrój przypadł mi do gustu, jednak jedzenie już mniej. Warto też dodać, iż w lokalu swobodnie biegają psy. Nie mam nic do tych sympatycznych zwierząt, jednak co na to Sanepid? Z racji tego, iż czasu było sporo, a brzuchy jednak nie do końca napełnione, odwiedziliśmy jeszcze restauracje Hotelu Górskiego PTTK w Ustrzykach Górnych, muszę powiedzieć, że pierś z kurczaka z rusztu wychodzi im idealnie. Polecam każdemu, kto chce dobrze zjeść. W chałupie zrobiliśmy sobie grzane wino marki Bieszczady, a po nim jeszcze krupniczek. Było miło, tylko trochę zimno. Mimo gorącego kaloryfera, stare, drewniane okna, nie dają rady mrozom.
foto: własne
      W niedzielę został nam już tylko powrót domu, tym razem jednak przez Cisną i Komańczę w stronę Rymanowa i dalej DK28 na zachód. Po drodze jeszcze udało mi się zabrać autostopowiczów, którzy z Przełęczy Wyżniańskiej maszerowali w kierunku Wetliny, zaoszczędziłem im ponad 10km spaceru, wiec jak już wspomniałem, dług mam spłacony. Powrót na Śląsk był spokojny, kilka pomyłek w Nowym Sączu, spowodowanych było poszukiwaniami odpowiedniej stacji benzynowej, ale poza tym bez problemów.
            Wyjazd bardzo udany, pogoda dopisała, wycieczki może nie były zbytnio ambitne, ale po tak pięknych górach, nie ma sensu się gonić. Bieszczady zimą polecam każdemu, najlepiej sprawują się po wielkich opadach śniegu i następnie silnych mrozach oraz słonecznych dniach, ale to akurat służy każdym górom. 



Więcej zdjęć TUTAJ

2 komentarze:

  1. "Wyjazd bardzo udany, pogoda dopisała, wycieczki może nie były zbytnio ambitne, ale po tak pięknych górach, nie ma sensu się gonić."

    Łukasz tym zdaniem mnie zaskoczyłeś! Z Tobą zawsze trzeba było iść pewnym i zdecydowanym krokiem :-)...

    ps. zazdroszczę tej wyprawy! Jeżeli kiedyś Bóg da pójdę z Wami! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mariuszu, zapraszam serdecznie. Najbliższa okazja już jutro, aczkolwiek pogoda nieco gorsza niż mieliśmy w Bieszczadach.

      Usuń