Tytułem wstępu


Na początku jest najłatwiej
Gdy się w pełni sił i wiary
Byka chwyta się za rogi
Z życiem bierze się za bary

Potem jest niestety trudniej
Siły mniejsze, marna wiara
Już się nie gna tak do przodu
Wciąż się jednak człowiek stara

Jak to dalej będzie nie wiem?
Jestem gdzieś w połowie drogi
Jeszcze chce mi się wędrować
Lecz już trochę bolą nogi

Piotr Gutkowski


wtorek, 7 lutego 2012

Historia pewnego zimowego spaceru.

      Lubie mróz. Taki prawdziwy. Solidny. Nie lubię jak jest mokro. Deszcz lub topniejący śnieg to masakra. Dla mnie, dla moich zmysłów, dla zdrowia, dla sprzętu. Dlatego lubię mróz. Oczywiście zimą, wtedy gdy biały puch pokrywa wszystko wkoło. Przy wysokim mrozie śnieg jest suchy, człowiek jest suchy, można się nawet w śniegu tarzać, to nie przeszkadza, nadal jest się suchym. Dlatego właśnie lubię mróz. I to solidny. Wiem, powtarzam się, ale cóż skoro taka jest prawda, że lubię mróz. Zima co roku sprawia wiele niespodzianek. Nie, nie mam tu na myśli drogowców, bo to już temat oklepany, oni zawsze będą zaskoczeni. Ale chodzi mi tutaj o turystów, a ściślej o turystę w mojej skromnej osobie. Nauczyłem się już, że zimowych wypadów nie da się planować z półrocznym wyprzedzeniem. Ba! Nie da się często z tygodniowym, a i nawet wyjeżdżając rano do końca nie wiadomo co zastanie się w górach. Taki już ich urok. Zdarzyło mi się już sporo "zaskoczeń" zimą w górach. Pewnego razu szlak miał być przetarty wg. informacji na stronie schroniska, a po przyjeździe na miejsce nawet nie było po nim śladu, innym razem miał być mróz, a na miejscu temp. grubo powyżej 0 i zamiast marszu po betonie, brodzenie w mokrej mazi po kolana. Innym razem znowu warunki stricte późnojesienne w środku stycznia. Tu zaskoczenia nie było, bo od kilku dni lało, ale wyjazd planowany był od paru miesięcy jako typowo zimowy i wybrało się na niego sporo ludzi. Do tego wszystkiego dochodzi widoczność, w nizinach często bardzo dobra, na grzbietach górskich dochodząca do 1 metra. I na odwrót, mimo kiepskich warunków w mieście, udaje się wyjść ponad chmury i maszerować pod czystym, niczym nie skalanym niebem, w promieniach zimowego słońca.                        
      Przypomina mi się jeszcze jedna wycieczka. Ambitna. Zimą. W słowackich Niżnych Tatrach. Trasa długa, (ok. 8 godzin latem), ale jesteśmy na nią przygotowani (potem się okazało, że jednak nie całkiem). Troje silnych facetów (Co? My nie damy rady!). Ubiór odpowiedni, przy sobie śpiwory 3 sezonowe (w końcu mamy nocować w schronisku), latarki (planowaliśmy marsz po zmroku), kuchenka gazowa JetBoil (odpali w każdych warunkach), do tego żarcie, trochę alkoholu (to już do świętowania w schronisku) i sporo ambicji połączonej z doświadczeniem zimowym na podobnych wysokościach. Pogoda wręcz wymarzona: zero chmur, temp. ok. -5, -7 °C. Na szlaku beton, przynajmniej na początku. Idziemy szybko, tempo jak latem, nie będzie źle. Pierwszy błąd - decydujemy się na skrót po śladach turowców - efekt: zamiast zyskać na czasie, tracimy zapadając się niemal po pas. Trudno - nadrobimy. Drugi błąd - wchodzimy w teren lawiniasty, niby nachylenie niewielkie (15-20°), jednak lawinowa 2 oraz brak drzew robią swoje. Mimo spaceru w odstępach naruszamy stabilność śniegu, ten pęka przede mną, a linia pęknięcia sięga dalej niż ostrość mojego wzroku, na szczęście nic nie wyjeżdża mi spod nóg, Ale ten dźwięk zapamiętam na długo. W końcu wychodzimy na szlak i kolejne rozczarowanie. Najgorszy śnieg dla piechura. Na górze szreń, pod nim puch, torować się nie da, iść po górze również, bo jednak nasz ciężar jest zbyt duży. Więc co wychodzimy na górną warstwą, to noga zapada się po krocze i tak cały czas. Typowe "dziurkacze". Nadal jednak liczymy na to, że się uda, w sumie możemy iść przez całą noc, damy radę. Jednak przychodzi najgorsze, będąc pomiędzy szlakami umożliwiającymi bezpieczne zejście z grani, zauważam ogromną ciemną chmurę podążającą ku nam, z kierunki w którym maszerujemy. Oczywiście nie udaje nam się dotrzeć do szlaku zejściowego, kurniawa dopada na na grzbiecie, temp. spada momentalnie, wiatr wieje niesamowicie, a do tego widoczność zaczyna wynosić 1-2m. Walczymy, jeszcze udaje nam się zaliczyć parę palików znaczących szlak, jednak następnego już nie dostrzegamy, błądzimy jak dzieci we mgle, szukając czegoś, co pozwoli nam się zorientować w kierunku marszu, niestety, nie udaje nam się to. Mało nie zgubiliśmy siebie nawzajem. W sumie w tych warunkach nie było to trudne. Kręcimy się po okolicy jeszcze przez dłuższą chwilę, jednak nic nie zapowiada poprawy, wręcz przeciwnie, zapadam zmrok. Latarki diodowe, choć mają sporo zalet, mają też jedną wadę, święcąc nimi na mgłę widzimy tylko czubek własnego nosa, porządny halogen może i by się przebił, jednak nie wiem czy cokolwiek by to dało. No nic, trzeba podjąć tę trudną decyzję: KIBEL! Brr. Gdzie? Tutaj. W czym? W norze śnieżnej. W jakich śpiworach? W tych, które mamy. Hmm. Krótka narada kto ma najgorzej. Mniej więcej po równo : -2°C jako extremum możliwości naszych "slipingbagów", nie wygląda zachęcająco. Niestety, nie mamy wyboru. Kopiemy, najpierw na zmianę, później jeden z nas upiera się, że on to zrobi sam. Ok, pozostała dwójka co prawda marznie na wietrze i mrozie, jednak nie przemaka potem i śniegiem usuwanym z jamy. Po jakiś czasie (nikt z nas nie ma pojęcia ile to trwało), jama jest gotowa. Przynajmniej na tyle, na ile pozwalały warunki. Dokopaliśmy się do ziemi, śniegu okazało się zbyt mało na stworzenie odpowiednio głębokiej dziury, a na górze też trzeba było zostawić solidny "dach", żeby nas to wszystko w nocy nie przysypało. Jakoś się zmieścimy, dwóch mniejszych w poprzek nory, z nogami podkurczonymi, we wszystkich ubraniach i z butami w śpiworach. Trzeci z nas w poprzek, z głową na mojej klacie, bo miejsca więcej nie było. Otwór nory nie zasłonięty, ten ostatni nie miał podobno sił tego zrobić, czego później żałował. Na szczęście jest JetBoil, pierwszy raz z nami w górach, ale przy tej temp. i wietrze jak na nim gotować? Na szczęście to sprytne urządzenie daje sobie radę, można je trzymać jedną ręką i ma się wszystko pod kontrolą. Tak wiec gotujemy trochę wody, żeby się ogrzać i próbujemy przeczekać do rana. Na nieszczęście kumpel oblewa się jeszcze sporo ilością podgrzanego płynu, co momentalnie zamarza. Trudno, nic już nie zrobimy. Po chwili leżenia z cyklicznym uderzaniem o moje żebra przez głowę kumpla, uświadamiam sobie, że w wewnętrznej kieszeni kurtki mam folię NRC. Udaje mi się ją jakoś wydostać i przekazać temu przy "drzwiach". On też, walcząc niemiłosiernie, w końcu jakoś się nią owija, co chroni go przez wiatrem i śniegiem wpadającym do środka przez otwór. Ja powoli zasypiam, budzę się jednak co chwila, głównie z powodu drętwiejących wszystkich części ciała. Nawet stóp nie mogę odwrócić, no nic, jakoś dam radę, w sumie to najważniejsze, że nawet jest mi ciepło. Pewnie, że nie tak komfortowo, jak byłoby w schronisku, ale jednak nie marznę, co uważam za wielkie szczęście i sukces naszej konstrukcji, więc nie narzekając próbuje zasnąć ponownie. Co też się udaje. Widać psycha to ogromna broń. Bo kilku(nastu?) cyklach budzenia i zasypiania, dostrzegam, że na zewnątrz się rozjaśnia. Informuję o tym towarzyszy niedoli, po czym decydujemy się czym prędzej zwijać i zmykać na dół. Wyjście z jamy nie było łatwe, podobnie jak pakowanie resztek rozrzuconego i przysypanego sprzętu, aczkolwiek udało nam się to zrobić w miarę szybko. Warunki niestety niewiele się poprawiły, dalej wiało i sypało, jednak widoczność trochę się zwiększyła, co zmotywowało nas do szukania palików szlaku. Po dłuższej chwili udało się jeden dostrzec, niestety, leżał na śniegu, w większości przysypany. Nic dziwnego, że w nocy nie mogliśmy go znaleźć. Za nim kolejne, również poprzewracane. Na szczęście po ok. godzinie udało się dotrzeć do szlaku zejściowego, a po kilkuset metrach od zejścia z grani, widoczność była już "normalna". Trochę odchudziliśmy nasze ubiory i szczęśliwi zeszliśmy do wsi. Stamtąd najpierw stopem, później autobusem dojechaliśmy do miejsca gdzie zostawiliśmy samochód, skąd wróciliśmy do domów.
      Wycieczka bardzo udana (w końcu żyjemy). Nabyliśmy nowych doświadczeń, jednak zgodnie stwierdziliśmy, że nie chcemy jej szybko powtarzać z takim rodzajem noclegu. Kolejna lekcja pokory. Miło jednak wspominam tamten wyjazd.

 PS: Alkohol nietknięty wrócił z nami do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz